TAJEMNICA NOCY LISTOPADOWEJ

TWARDY DEBIUTANT

Spośród wielu udałych tegorocznych debiutów powieściowych ten (Leona Kruczkowskiego Kordian i cham) jest bodaj najwybitniejszy, jeżeli nie najlepszy. Autor nie ułatwił sobie sprawy: ani nie wyeksploatował swego własnego życia, jak to zwykle czynią debiutanci i debiutantki powieściowe, ani nie wybrał sobie modą dzisiejszą żadnego specjalnego odcinka współczesnego życia: więzienia, fabryki, kopalni, sejmu, domu poprawy, domu ociemniałych itp., aby na tym terenie łatwo sobie reportażować. Cofnął się w przeszłość historyczną, studiował książki i dokumenty, stamtąd dopiero wskrzeszał to, co by miał opisać, a chociaż w opracowaniu posłużył się nowoczesną metodą montażowo-reporterską, jednak w tym wypadku jest to już raczej forma niż metoda; autor musiał przebyć podwójną niejako grę wyobraźni, zanim dotarł do swego tworzywa. W tych czasach szalejącego pod nazwą autentyczności opisywactwa i odpisywactwa, takiego autora, który nie boi się zaufać swojej wyobraźni i tworzyć bez pomocy aparatu fotograficznego - takiego autora należy szczególnie wyróżnić.

I to wyróżnić w tym kierunku może wbrew jemu samemu. Gdyż najbardziej mylącą w tej książce jest jej przedmowa, w której autor z pewną pychą skromności powiada, że zadaniem jego było nie "tworzyć", nie wymyślać "fabułę" i "bohaterów", bo to wszystko zasługuje dziś już tylko na pogardliwy cudzysłów i jest do luftu - on niby chciał tylko organizować i konstruować pewne autentyczne dokumenty. Taki to jest doktryner - lecz doktrynerstwo jego jest jeszcze rozmaitsze.

 

BOHATER PIENIACTWA

Powieść Kordian i cham oparta jest, co prawda, na pamiętniku Deczyńskiego, nauczyciela we wsi Brodnia w województwie kaliskim, który na parę lat przed powstaniem listopadowym napisał do cara memoriał o krzywdach, wyrządzanych chłopom jego wsi przez dzierżawcę, szlachcica Czartkowskiego; potem prześladowany, mimo słabego zdrowia wzięty do polskiego wojska, odbył powstanie, poszedł na emigrację, lecz wbrew tej wspólności losu wciąż twierdził, ze sprawa szlachty polskiej nie jest sprawą chłopów polskich, i aż do śmierci zachował w duszy głębokie poczucie krzywdy swojej i swoich. Pamiętnik Deczyńskiego wydał Marceli Handelsman pt. Żywot chłopa polskiego na początku XIX stulecia w r. 1907 nakładem J. Mortkowicza. Przedmowa Handelsmana zajmuje niemal tyleż samo miejsca co sam pamiętnik, krótki, zgęszczony, wymowny swą nieudolnością - pamiętnik czy raczej testament człowieka zgaszonego przez życie, lecz z życiem nie pogodzonego, żałosny przez to, że jakby już nie mógł zdobyć się na krzyk nienawiści, wyraża tylko gorycz beznadziejną. Zaiste był to bohater godny poety. I to nawet bohater czynu, czynu cywilnego w najlepszej jakości. Historia jego memoriału, tak świetnie rozwinięta i uruchomiona w powieści przez Kruczkowskiego, jest jakby historią wyroku, który po cichu w piersiach ludu zapadł na powstańców listopadowych, zanim się jeszcze powstanie urodziło. Ten słaby Deczyński potrafi jednak zręcznie, konsekwentnie i wytrwale poszukiwać sprawiedliwości aż do ostatniej instancji. Niestety, tą instancją jest sam oskarżony, szlachcic Czartkowski, gdyż do niego to zjeżdża komisja śledcza wysadzona przez władze, on ją może inspirować, na usługi ma sforę sługusów, te ogniwa pośrednie między chłopem a panem, i tak się sprawa zabagnia i tonie. Deczyński przegrał, ale to Polska przegrała. Uraz psychiczny, otrzymany w tej nierównej walce, już nigdy Deczyńskiego nie opuszcza. Nie masz w Polsce sprawiedliwości, nie ma jej na świecie. Cóż z tego, że później Handelsman powie, że gdzie indziej wymiar sprawiedliwości też nie był lepszy. Ten biedny, po swojemu odważny nauczyciel zajrzał w oczy diabłu. Można Deczyńskiego rozważać psychologicznie jako charakter kwerulancki, obciążony manią prześladowczą - lecz można też brać go tragicznie jako tego, który wiercił i wiercił i doprowadził polską sprawiedliwość ówczesną do absurdu.

Jest jeden taki wielki kwerulant w literaturze - Michał Kohlhaas, bohater wspaniałej noweli Henryka Kleista, kowal, który dochodząc konsekwentnie sprawiedliwości na junkrze, stał się najstraszliwszym człowiekiem swego czasu, palił i rabował, aż potępiony przez Lutra, otrzymawszy formalną i materialną satysfakcję nie stojącą w żadnym stosunku do zbrodni, którymi ją wymusił, oddał się władzom i zginął na szafocie, łamany kołem. Harmonijny Goethe, czytając tę nowelę, był oburzony na autora i powiedział, że nie powinno się podnosić takich wypadków wyjątkowych w biegu dziejów. Z Kohlhaasem, co prawda, ma więcej podobieństwa Chmielnicki niż spokojny i lękliwy Deczyński, lecz ważności takich zdarzeń wobec tej najintymniejszej i najwyższej instancji narodowej, jaką jest literatura, nie można oceniać według rumoru, który narobiły.

ŚWIADOMOŚĆ "KLASOWA"

Jeżeli sam oświetlam tutaj sprawę Deczyńskiego i przytaczam jako przykład, czy też jako stary wzór, nowelę Kleista - zresztą również zaczerpniętą z kronik - to po to, aby scharakteryzować różnicę ideałów literackich między mną a nową szkołą, której reprezentantem jest Kruczkowski. Ja po staremu jestem zwolennikiem "bohaterów", podczas gdy dzisiejsza doktryna literacka, zgodna pod tym względem z doktryną społeczną, nie uznaje bohaterów - tzn. ludzi działających w sposób wyjątkowy, choć dopiero później typowy. Więc Kruczkowski, chociaż dla swego Deczyńskiego robi u siebie miejsce także jako dla indywiduum, jako dla pewnego odrębnego charakteru, jednakże kładzie główny nacisk na to, co w tym Deczyńskim jest typowo chłopskie; a i to nie w tym znaczeniu, żeby jakąś chłopską psychikę w nim wynajdywał, np. przyzwyczajenie do pokory, lecz przede wszystkim widzi objawiającą się w nim "świadomość klasową". Sam w przedmowie oznajmia i z góry zwraca na to uwagę, że ten właśnie moment "świadomości klasowej" zajął go w Deczyńskim najżywiej, jako "więź aktualności" między dzisiaj a onegdaj.

"Świadomość klasowa" jest właściwie hasłem politycznym, jest to rodzaj szowinizmu, tylko że nie narodowego, lecz społecznego; znaczy: łączmy się przeciw wspólnemu wrogowi. Poza tym jest to raczej oschła i obojętna kategoria naukowa, pozbawiona włókien uczuciowych. Gdy porównamy tę powieść do Przedwiośnia i do Turonia Żeromskiego - a takie też jest naprawdę jej sąsiedztwo - uderza jakby skąpość, czy też tylko pohamowanie pierwiastku uczuciowego. Płynie w niej wprawdzie nurt krzywdy, litości, nawet - co jest nowe i silne - nienawiści, ale w punktach kulminacyjnych i zwrotnych, z wyjątkiem sceny ostatniej, ta powieść stara się usilnie być ilustracją pewnych tez marksowskich, i gwoli temu też jej styl miejscami jest aż zanadto formułkowaty.

Ciekawe jest, jak się wobec niej zachowa H. S. Kamieński w drugim tomie swej literatury polskiej wydanej w Moskwie. Dla Kamieńskiego bowiem głównym kryterium literackim jest właśnie "oblicze klasowe": pisarze nie tylko sami mają swoje oblicze klasowe, lecz także nadają - świadomie lub mimo woli - oblicza klasowe swoim postaciom. Z Rosji przychodzi do nas ten nowy impuls i staje się na naszym gruncie snobizmem. Pierwszym jego owocem był poemat Brunona Jasieńskiego o Szeli (1926), również poprzedzony przedmową, w której dominantą jest "świadomość klasowa"; drugim - powieść Kruczkowskiego, jeżeli się nie liczy utworów ściśle poetyckich.

SPOJRZENIE OD DOŁU

Kordian i cham jest Turoniem na wywrót; tam był chłop, czyli cham, ujrzany od strony Kordiana-Cedry, tutaj autor ze stanowiska chłopskiego stara się spojrzeć na Kordianów i kordianostwo. O ile obraca się w dziedzinie krzywdy chłopskiej, pisze prawdę, choć ją zanadto na całą Polskę uogólnia. Ale strona kordianowska gorzej się przedstawia. Zamiarem było: wszystko, co robi szlachta, ukazać albo jako otwartą brutalność, albo jako kłamliwą "nadbudowę" ideologiczną.

Gdy maluje "sarmacki despotyzm" Czartkowskiego, oskarża rzetelnie; gdy w doskonałej scenie humorystycznej sentymentalizm panny Czartkowskiej, podnieconej erotycznie lekturą Świtezianki Mickiewicza, zderza z gruboskórstwem ojca; nawet gdy z tendencyjną przesadą przedstawia wykrętne kazanie złotoustego księdza Bończy, który chłopom w zamian za niedolę ziemską obiecuje królestwo niebieskie - to wszystko jest w porządku, to są obrazy zaprawione gorzką satyrą lub ironią, lecz prawdziwe, a dzięki tym afektom także artystyczne. Inaczej, gdy chodzi o samo powstanie listopadowe.

Jest rozmowa głównych spiskowców - Wysocki, Zaliwski, Nabielak, Mochnacki - w której krzyżują się różne poglądy, trochę poglądy ich samych, lecz jeszcze więcej samego autora. Posuflował on szczególnie Nabielakowi. Według jego słów rewolucję listopadową przygotowała "garść ludzi, oderwanych od gleby szlachetczyzny, rzuconych na bruku miasta": "ni to lud, ni szlachta, ni mieszczanie nawet, lecz coś osobliwego" - ludzie, którzy posługują się "środkami moralnymi" zamiast "mechanicznymi". Według dzisiejszej nomenklatury jest to właśnie inteligencja, intelektualiści, ta grupa ludzi bez przydziału klasowego, która socjalistów marksowskich najbardziej irytuje, do której stosuje się takie powiedzenia, jak "zawieszony w powietrzu", albo że inteligenci chcą jak Munchhausen samych siebie za warkocz z toni wyciągnąć itp. W pismach Brzozowskiego pełno jest takich inwektyw na inteligencję jako "deracines". Przerzucenie tej wzgardy na przeszłość nie wydaje mi się ani ścisłe, ani szczęśliwe. Rola inteligencji polskiej w ruchach powstańczych była zawsze jak najistotniejsza; przecież to głównie ona podjęła i rozpaliła kwestię włościańską. Są to rzeczy zbyt dobrze znane.

Uderzyło mnie zwłaszcza pewne upośledzenie Mochnackiego na rzecz Nabielaka. Autor wkłada Nabielakowi w usta słowa, które mógł powiedzieć raczej Mochnacki. Np. myśl, że "Polska padła tym właśnie, że, w niej sprzeczek socjalnych nie było nigdy" - powinien był wypowiedzieć Mochnacki, który w lutym 1831 r. w znakomitym artykule O naturze i skutkach opozycji wołał: "Świat stoi na niezgodzie!" Nie znając pism Nabielaka, nie mogę dać folgi podejrzeniu, że autor zlekceważył Mochnackiego, może jako tzw. typowego inteligenta.

Na ogół jednak wybitni spiskowcy wychodzą u Kruczkowskiego sympatycznie - tak w tej rozmowie, jak w dramatycznej scenie z Lelewelem, chociaż o Lelewelu pisze się, że "skokietował rewolucję". Najznakomitszego pióra godny jest ten rys, że rozstrzygające pytanie: "Co to jest naród polski?" - rzucają w przestrzeń bezechową największy mędrzec Lelewel i największy osioł wśród spiskowców, Feluś Czartkowski, i obaj nie znajdują na nie odpowiedzi.

"ZDEMASKOWANIE" KORDIANÓW

Gdy autor przechodzi do zwykłych podchorążaków-szlachciców, jego aparat demaskujący "nadbudowy" funkcjonuje śmielej. Oto podchorąży Jarmuntowicz namawia Deczyńskiego, aby wstąpił do spisku, wskazuje na honor i ojczyznę; gdy Deczyński argumentuje: "To nie jest ziemia ludu polskiego, lecz panów polskich", podchorąży nie może znaleźć innej odpowiedzi jak: "Człowieku, ty rzecz pojmujesz grubo, materialnie". To znaczy, w zamierzeniu autora: panowie błyskają idealizmem, ale sami są służkami materii. Głównym zaś reprezentantem tego materializmu szlacheckiego jest wspomniany Feluś Czartkowski, syn osławionego dzierżawcy, z którym Deczyński tak niefortunnie zadzierał. Autor pokazuje, lub raczej insynuuje, że główną podnietą do spisku dla podchorążych był - brak awansów, pochodzący stąd, że kadry wojskowe przepełnione były starymi oficerami z wojen napoleońskich! Ten marksizm jest już dosyć ordynarny, na poziomie gazet, które tego rodzaju insynuacje wytaczają swym wrogom politycznym codziennie, i to bez marksizmu. W rozdziale XVI odbywa się w duszy Felusia to wyrastanie nadbudowy idealistycznej z błota materialistycznego:

"Feluś boryka się z bezsennością... Zapomina o mustrze... o szlifach tych upragnionych... Myśli teraz o niedoli kraju... O jarzmie wschodniego despoty... o czynie wiekopomnym... Myśli teraz o rzeczach wielkich, publicznych... Juści, o te sprawy oni powstać zaprzysięgli z bronią w ręku - - nie o tamte szlify, awanse niewyczekane!... Juści, nie o swoją podchorążowską bez nadziei biedę wystąpić mają - - ale, wiadomo, o wolność i byt niepodległy całego polskiego narodu!"

KRYTYKA KOMPROMITACJONIZMU

Tak to się odbywa, schwytane na gorącym uczynku!? Nie wiadomo tylko, czy to jest metamorfoza psychologiczna, czy chemiczna, czy jaka inna, bo marksiści nigdy się nad istotą tego procesu z bliska nie zastanawiali. Sam fakt jest oczywiście wiarogodny, codzienna praktyka przynosi ich mnóstwo. Kto dostanie od kogo (od osoby, instytucji, rządów) łapówkę, posadę czy jakie inne bene, jest mu usłużny nie tylko z umowy, z lojalności czy kurtuazji, lecz nawet ideowo, z przekonania - co już jest nie zapłacone. Np. dziennikarz przegorliwy - prostytutka, która za pieniądze "się oddaje". Kto może płacić, zawsze wytumani jakąś nadwartość. Ale chodzi o to, jak oceniać (wartościować) etycznie tego rodzaju przemiany wewnętrzne, taką interesowną bezinteresowność. I tu socjalizm marksowski stosuje różnorakie miary; proletariatowi poleca, nawet zachwala, kierowanie się pobudkami materialnymi, i słusznie, gdyż ma on za mało; ale gdy chodzi o korzyści ponad pewną normę równości, wówczas ten "materializm" staje się bardzo ascetyczny, podejrzliwy i jakby zazdrosny, w wypadkach zaś skomplikowanych jest całkowicie pozbawiony nietrywialnych sprawdzianów. Mówię zaś o tym wszystkim dlatego, ponieważ autor Kordiana i chama publicznie ogłasza się jako marksista. Z przykładem o mizerii awansowej podchorążych jako sprężynie spisku listopadowego - wpadł, o ile ten fakt przedstawia w ujemnym świetle etycznym, a niewątpliwie to czyni.

Bo cóż to szkodzi, że ktoś do dobrych czynów nakłoniony jest przez "złe", tzn. materialne pobudki! Należałoby na to patrzeć przez palce, a nie szykanować. O ileż więcej etyka praktyczna skorzystała z freudyzmu, który jej podsunął genialne pojęcie - sublimacji. W historii jednostek, jak i w historii ruchów zbiorowych raz po raz spotykamy fakty, że z niskich pobudek wynikają wielkie i wspaniałe czyny. Diabeł u Goethego sam z humorystyczną rezygnacją przyznaje, że służy "tej sile, która zawsze chce zła, a wciąż stwarza dobre". Stany Zjednoczone zaczęły wojnę o niepodległość, ponieważ nie chciały swej macierzy, Anglii, zapłacić sześciu pensów od funta herbaty. Republika socjalistyczna w Chile zawdzięcza swe powstanie temu, że rząd dyktatorski obniżył pensje pracowników państwowych, zwłaszcza marynarzy.

Po wtóre: taki fakt materialny, rzekomo drobny, który niespodzianie staje się początkiem lawiny, po bliższej analizie okazuje się czymś więcej: symptomatem, symbolem, w którym skupia się ferment i od dawna nagromadzony jad. Może tak było i z tą kwestią awansu podchorążych, której zresztą bliżej nie znam (Tokarz w swej wielkiej historii powstania listopadowego wspomina o niej tylko ubocznie).

Kompromitacjonizm jest u nas dzisiaj manią w literaturze, polityce i publicystyce. Mimo to może by nie było warto dłużej rozwodzić się nad tym przykładem, gdyby nie to, że w Felusiu Czartkowskim i jego najbliższych kolegach skompromitowany miał być ktoś o wiele znaczniejszy - sam Kordian.

QUI PRO QUO

Bo Feluś, to Kordian Słowackiego. On stoi na warcie na pokojach cesarskich, w zamku. Ma to sobie za wielki zaszczyt i nigdy by mu się ani przyśniła myśl zabicia Najjaśniejszego Pana, gdyby mu się - właśnie nie przyśniła, lecz cudem, z woli autora. Urągliwie opowiada o tym według niego głupim śnie swoim kolegom w knajpie! Stoi na warcie, wtem podchodzi do niego mizerny człeczyna - w którym według opisu poznajemy Słowackiego - i powiada: "Ty się nazywasz Kordian! Pójdziesz i zabijesz cara!" - Niechbym ja tego panicza na jawie spotkał - kończy Feluś opowiadanie - dałbym ja jemu!

Autorowi snadź na myśl nie przyszło, że ten sen można by interpretować właśnie na korzyść Felusia: choć Feluś był lojalnym poddanym, jednak w podświadomości nurtował w nim bunt. Nie, tego autor nie chciał, chodziło mu tylko o to, żeby w jakiś, choćby bardzo sztuczny sposób, wpakować tutaj Kordiana z literatury. Albowiem intencja tej powieści jest literacko-publicystyczna. Gwizdnąć na Kordiana romantycznego, "odkłamać" go, "zdemaskować". Ułatwił to sobie bardzo: za pomocą snu, który nie jest snem, lecz odsyłaczem literackim. Mógł to zrobić inaczej. Mógł zrobić Kordianem nie takiego bęcwała, mógł powtórzyć odnośną scenę z dramatu Słowackiego i w miejsce niepotrzebnego hamletyzmu wstawić: honor, lojalność itp., jako skrupuły. Ale to byłoby trudniejsze. Trzeba by było przy tym odsłonić drugą półkulę świata polskiego: życie podziemne wolnomularzy, Odę do mtodości, odbarwić romantyzm. A to może nie wchodziło w plan autora. Kordian został kopnięty tak en passant, skombinowanym trikiem.

BRAT ZABIŁ BRATA

A jednak przy tym afroncie zostaje nadal myśl i pasja autora. Coś go ponosi, aby wybuchnąć. Wziąć odwet za wszystkie lata, w których literatura polska trudniła się bezkrytycznym kordianostwem. Dotychczas trzymał się prawdy dokumentarnej, organizował materiały historyczne "zebrane wzdłuż przyjętej osi tematycznej", którą jest sprawa chłopów ówczesnych. Nie robi tego już więcej, odrywa się od wierności dziejowej. "Oś tematyczna" zakończona jest ostrzem, które ocieka krwią. "Brat zabił brata", lecz tym rażem inaczej niż w Chorale: Kordian zabija chama!

Ktoś, co odwiedził Wyspiańskiego w epoce powstawania jego dramatów historycznych, opowiada. że Wyspiański miał przed sobą dzieła Mochnackiego, Prądzyńskiego czy też pamiętnik Barzykowskiego i wskazując na nie powiedział: "Ileż trzeba mieć siły, aby wytrzymać - to!" Zawsze myśl polska ze szczególnym drżeniem będzie zgłębiała tajemnice nocy listopadowej, kiedy rodziło się powstanie, kiedy jeszcze mogło się udać, i to zupełnie. Toteż ze wzruszeniem śledziłem, jak oto jeszcze jeden pisarz polski, i to niewątpliwie powołany, odwija ten film bolesny i szuka już w nieznanym, już w kramie wyobraźni dalszych jego odgałęzień. W bardzo mocnej i pięknej scenie opisuje sławny pochód szkoły podchorążych pustymi ulicami Warszawy, kiedy na rozpaczliwy okrzyk: "Narodzie, do broni!", odpowiadał tylko szczęk zamykanych okiennic. Wtedy Feluś Czartkowski-Kordian spotyka Deczyńskiego-chama, wzywa go, aby wstąpił w szeregi powstańcze, a na jego odmowę uderza go straszliwie kolbą w pierś - zapewne zabija. (Prawdziwy Deczyński bił się w powstaniu walecznie i żył potem jeszcze lat osiem).

Co na to można powiedzieć?

Można powiedzieć, że od czasu gdy Wyspiańskiego Konrad w Wyzwoleniu zwabił Geniusza romantycznego do podziemi Wawelu i zamknął go tam skutecznie, nie było sympatyczniejszego skandalu rewizjonistycznego w polskiej literaturze.

Szkoda tylko, że ten skandal nie ze wszystkim jest solidny.

Po pierwsze, oskarżenie Kordiana, jak już dowiodłem, jest mechanicznie zaaranżowane; sam sposób oskarżania jest równie nowoczesny, jak powierzchowny. Wyspiański oskarża Geniusza z paragrafów zdrowia duszy narodowej, wytacza mu proces psychologiczny. Kruczkowski z dużą uciechą pokazuje u Kordiana pod anielskimi skrzydłami - kontusz, "piętnuje" jego konduitę socjologiczną.

REWIZJA WEDŁUG "GDYBY"

Po wtóre rewizjonizm powinien by był sięgnąć także innych założeń. Tak np. o ile by zakończenie powieści Kordian i cham miało znaczyć, że powstanie listopadowe było poronione, ponieważ lud przez usta Deczyńskiego stanowczo odmówił w nim udziału, to jest to właśnie stary pogląd, którego historycy w tej absolutnej postaci dziś nie podzielają. Według nich powstanie listopadowe można było wygrać także bez ,.levee en masse", bez owego cudu, jakim by był "z szlachtą polską polski lud". Błędów innych porobionio tyle, że do tej próby ostatniej nie przyszło. W zbiorowym dziele Przyczyny upadku Polski prof. Tokarz sądzi nawet, że "stan sprawy włościańskiej u nas nie miał żadnego prawie wpływu na upadek Rzplitej", a w dziele o powstaniu listopadowym stwierdza, że z wyjątkiem Sandomierszczyzny chłop poddawał się poborowi bez niechęci; na prawym brzegu ludność chłopska sama napadała na oddziałki rosyjskie, dostarczała wiadomości, wybornych przewodników.

Ale naprzeciwko tego stoi fakt, że nie tylko literat rewolucyjny Mochnacki, lecz także strategik wojskowy Prądzyński wciąż domagali się w czasie owej wojny rozszerzenia podstaw powstania. Mochnacki w artykule Czemu masy nie powstają? ubolewał, że w okolicach, przez które przechodzą pułki nasze, "nigdzie nie spostrzeżesz wesołego ludu, zbierającego się koło walecznych szyków, nigdzie wiejska drużyna nie wita zbrojnych braci". A jednak przekonanie, dochodzące aż do obsesji, że Polskę byłoby uratowało powszechne powstanie ludowe, kiedy by twierdzą był każdy próg (Kartagina, Palestyna za czasów Flawiusza, Wandea), to przekonanie, które jako milcząca przesłanka tkwi np. w dramatach Wyspiańskiego - jest dopiero wynikiem skruchy, jaka ogarnęła demokratyczną emigrację polską. Późniejsza opozycja w naszej historiografii, zwracająca się zwłaszcza przeciw "szkole krakowskiej" z jej pojęciem rozbiorów jako kary za grzechy - opozycja powyspiańskowska, już radosna, bo przedwojenna, zakwestionowała także ową przesłankę, owo "gdyby".

Nie mam pewności, czy i o ile ta przesłanka została wmurowana w powieść Kruczkowskiego. Autor jest obiektywny, zimny chłodem reprezentatywnej "klasowej" mściwości, jak egzekutor, który, spóźniony akuratnie o sto lat, na grobach wiesza in effigie. Robi taką minę, jakby chciał tylko powiedzieć: tak było, tacy byli ci i tamci... a co by tam było, gdyby... to mnie nic nie obchodzi. Krzywda ludu zdaje się leżeć mu więcej na sercu niż krzywda powstania. A jednak wszelkie metaforyczne "gdyby" są właśnie dziedziną poety, który w świat rzeczywisty wbudowuje pochodne odeń światy, możliwe i niemożliwe. Nie tylko poety: Mochnacki pisał swoją historię powstania śmiało sub specie tego "gdyby". (Już w swojej Literaturze pisał: "Niektórzy chcą wyrzucić z historii ten wyraz "gdyby" - w czym jednak nie zawsze słuszność mają"). "Gdybanie" jest jednak i dziś w pogardzie; do tego nas doprowadził szał socjologicznego determinizmu.

Być może jednak, iż popełniam tu różne sprzeczności, przecież właśnie ów surowy obiektywizm, ów brak zwykłego patriotyckiego sentymentalizmu jest tym, co tak mocno imponuje w powieści Kruczkowskiego.

Każde nowe pokolenie ma prawo do bezwzględnej rewizji wartości patriotycznych; w ten sposób odradza się patriotyzm. Obrazoburcy sami później stają się czcicielami obrazów. Tzw. myśl narodowa pogłębia się. W powieści Kruczkowskiego pragnę widzieć szlachetny poryw w tym kierunku, pomimo studenckich impertynencyj i forsowanego marksizmu, Rękojmią jest poniekąd jego wyjątkowo dobra i wybredna a tęga polszczyzna, snadź wzorowana na lekturze dzieł dawnych. A także intensywne, choć ponure wyczucie krajobrazu wsi polskiej.

MONTAŻ CZY FABUŁA?

Na początku już potrąciłem o zagadnienia treści i formy; wrócę do nich na końcu. O bohaterze indywidualnym, o tym, że dopiero rzeczywistość indywidualna, jako coś bezimiennego lub raczej wieloimiennego, coś co jedynie jest pewne i konkretne - że ona dopiero, jako zakres szerszy i pierwotniejszy, może być kontrolą i sprawdzianem abstrakcyjnej i pochodnej rzeczywistości społecznej; o tym, że poezja powinna być instancją, która weryfikuje, a nie, która służy - o tym wszystkim należałoby właściwie napisać osobną rozprawę. Wiem, że dzisiejsze poglądy na formę ze stanowiska społecznego są odmienne; przykładem ich np. jest recenzja p. Zahorskiej o Człowieku którego zabiłem w nr 444 "Wiadomości Literackich".

Nie wydaje mi się zresztą, żeby forma "montażu wzdłuż osi", odpowiednia raczej dla filmów agitacyjnych, mogła na dłużej zadowolić artystyczne sumienie autora Kordiana i chama. To się rwie, to się rozprasza w obrazkach, w anegdotach, w rekapitulacjach historycznych - gdzie materiał surowy nie stał się jeszcze ciałem. Stać go na rozmach większy, a więc nawet z "fabułą" i z "romansem". Umie on i dobrze charakteryzować, i samodzielnie wyłaniać ciekawe i żywe figury, np. kowala Derkacza, rewolucyjną korekturę legalisty Deczyńskiego, którego po drodze zgubił - a szkoda.

Zdaje mi się też, że nowoczesne unikanie motywów erotycznych na rzecz przewagi motywów społecznych i politycznych jest mylne i jakby tchórzliwe. W erotyce nie chodzi przecież o przyprawę pornograficzną ani o to, czy Numa wyjdzie za Pompiliusza. Erotyka jest żywiołem irracjonalnym, który wszystkie rachunki gmatwa, lecz zarazem jest ich próbą. Prostolinijności doktryny to oczywiście zagraża. Świadomy klasowo Deczyński mógł zakochać się w pannie Czartkowskiej, jak bohaterowie Żeromskiego (Judym w pannie Natalii); w pamiętniku jest wzmianka, z której by można coś takiego wysnuć, a którą Kruczkowski zachował tylko na pamiątkę. Ale to prawda, że miłość jak każde inne zbyt mocne uczucie byłaby bohatera zindywidualizowała, otworzyłaby jakiś świat w nim samym. - a wtedy utraciłby swoje "oblicze klasowe"...

Odrodzenie romansu fabularnego nastąpi jeszcze, na wyższym stopniu spirali, z innymi racjami wewnętrznymi niż dawniej.

P.p. Atak pewnego pisma komunistycznego na to, co napisałem - nieostrożnie i zbyt lakonicznie - o świadomości klasowej, zmusza mnie do kilku wyjaśnień i poprawek. Świadomość klasowa jest częścią uświadomienia ogólnego, tak jak np. uświadomienie narodowe, seksualne, higieniczne, kobiece, etyczne itp. Osobnego uświadomienia klasowego, które by człowiekowi zastępowało uświadomienie ogólne - nie powinno być. Łączyć się należy na podstawie poczucia sprawiedliwości, oburzenia, zemsty. Marksizm przesunął ten akcent ideowy i położył nacisk na dobór socjologiczny. Dlatego to "warstwy pośrednie" zostały spod agitacji socjalistycznej wykluczone, i dziś dopiero usiłuje socjalizm ten błąd naprawić. Pojęcie świadomości klasowej zrodziło się w czasie, kiedy można jeszcze było wierzyć w siłę samej liczby, czy to dla głosowań, czy to dla akcji rewolucyjnej. Ale dziś niemoc samej liczby stała, się chyba jasna, a i same klasy bardzo się zróżniczkowały.

Nie wynika z tego, żeby uświadomienie klasowe (lepiej przecież: społeczne) nie było koniecznością tam, gdzie da się wykazać, iż wszelkie próby przejścia do klasy wyższej godziwymi sposobami są daremne. Tego uświadomienia brak jest klasom średnim, a zwłaszcza kobietom. Żyją ludzie podupadli, którym na myśl nie przyjdzie powątpiewać o świętym prawie własności; żyją dziadówki, które siebie uważają za hrabiny; żyje uboga nauczycielka, która ze snobizmu trzyma sobie charta, aby pchać się wyżej i udawać lady. To jest właśnie najgorszą stroną nędzy, że tak rzadko może ona wzbudzić w niewolniku poczucie jego odrębnej godności-takiej jaką mieli w historii np. guezowie (żebracy). Upokorzenie polityczne daje większą swobodę oddechu niż socjalne. Świadomość klasowa powinna by iść w parze z osobną dumą, osobną etyką (etyką spiskowców), osobną taktyką życia; lecz los nędzy jest zanadto rozpowszechniony i beznadziejny, aby jeszcze wytwarzać jej specjalnych stoików czy bohaterów.

Natomiast gdzie uświadomienie ma wąski charakter wojskowy, charakter pogotowia rewolucyjnego, tam podpada już tylko pod kategorie polityczne.

 


POPRZEDNI ROZDZIAŁ

SPIS TREŚCI

NASTĘPNY ROZDZIAŁ