POWRÓT SAMAELA

 

Bajka chasydzka

 Pewnej nocy Samael, czyli szatan, całkiem cichutko oddalił się od świata ludzi. Od razu sny ludzkie były spokojne, a na rano na całej ziemi zrobiło się jakoś dziwnie spokojnie: sumienie nie buszowało ani nie kusiło, ani nie paliło za pokusy. Koniec końców ludzie wyspali się nareszcie, a potem zaczęli się zbliżać do siebie. Bez miłości, ale także bez nienawiści i bez rozczarowań, bez zbytniej nadziei, ale bez lęku. Nie wiadomo, czy aniołowie poczuli, że ich promienie przechodzą bez przeszkód i zbyt gładko przez świat, nie zatrzymując się ani nie grając; słowem - doszło to wszystko w końcu do nieba. Tymczasem Pan odpoczywał, to wstępując na swe szczyty, to zstępując ku głębiom, i zaniepokojony Gabriel zjawił się przed Panem: „Ojcze i Panie, nie dostrzegamy na ziemi cieni Samaela. Racz spojrzeć sam”.

I Pan odwrócił wzrok ku ziemi, tak jakby toczyły się wodospady najcichsze, jedynie dla wzroku dostępne. Ziemia zadrżała, ludzie budzili się ze snu, zaniepokoili się ponownie. Także jeden jedyny cadyk, na którego nikt nie patrzył ani nikt nie słuchał, zbudził się i westchnął z ulgą: „Nareszcie koniec świata”. Ale opamiętał się zaraz, otrząsnął i modlił się: „Panie, wybaw mnie od mojej zawziętości i przebacz im”. Jednak cadyk nic więcej nie wiedział, a Gabriel i aniołowie zobaczyli coś straszliwego: oto kędziory światła na głowie Przedwiecznego zwichrzyły się. Zbijały się, skręcały się w kłębowiska syczących żmij, co wyrywały się w przestrzeń ku ziemi. Tak jakby sto Samaelów-gadów, tysiąc Samaelów-gadów na ziemię syczało. Coś przerażającego.

Ale ani Gabriel, ani aniołowie nie przerazili się wcale. Miłują oni Pana, podziwiają Go bez granic. Są w ciągłym zachwycie nad Jego nieoczekiwaną nowością. A tylko z delikatności nie zaglądają nigdy do samotności Pana ani do Jego odpoczynku. Przecie kochają oni ogrody Pana, lubują się w Jego krzewach i gałązkach, czekają i cieszą się, aż się rozwiną i rozkwitną, radzi i szczęśliwi, by piastować wszystkie twory Pana, by chronić je nie tylko przed Samaelem, ale nawet przed samym Panem, na to by nie zmarnować ani jednego dzieła Pana, aby zachować je, aby rozwinąć, aby wszystkie dzieła Pana stały się godne, by wrócić do Pana. I wówczas także aniołowie spoglądali z podziwem na Pana, a Gabriel wyszeptał: „Czemuż, Ojcze, światło Twe przeciw ziemi i przeciw plemieniu ludzkiemu?

- Zniszczę, wymażę je z powierzchni ziemi, a nawet z roczników niebios.

Aniołowie klęcząc chłodzili Pana uśmiechami, ufnością do Pana i miłością do Jego ogrodów i krzewów, a Gabriel mówił:

- Najtrudniejszą rzeczą jest widzieć, że Twoje miłosierdzie i Twoje oburzenie, o Panie, nie rozchodzą się wcale. Właśnie teraz także dwoi mi się w oczach i widzę osobno jeden słup światła zielony, rozlistwiony łaską, a drugi jednolity, czerwony płomień bez plamki, bez cienia. Czemuż to?

Pan odpowiedział:

- Skoro tylko przeciwnik oddalił się, żadnej walki, żadnego zmagania, żadnego porywu do cnoty. Wszystkie plamy, brudy, grzechy zatonęły w sosie miernoty, nawet dzieci ich nie są dziecinne. Wypalmy.

Gabriel tłumaczył:

- Ostatecznie barometr grzechów ziemskich jest o wiele spokojniejszy niż dotąd, a żadne nietoperze nie rozbijają się o bramy niebieskie. Grzechów o wiele mniej.

Pan odpowiedział:

- Grzechy mniejsze, ale te kłaki i te mgły są mniej obiecujące niż chmury gromowe. Mój ogród nie udał się. Czy nie czujesz zapachu bezpłodności? Wypalmy.

Gabriel prosił jeszcze:

- Panie, kochamy Twe dzieła, kochamy Twe nasiona i korzonki, i ich drogę w przyszłość. Pozwól, niech wypuszczą pąki, i odłóż próbę ognia, próbę spojrzenia badawczego na sto lat. A nade wszystko ześlij na ziemię stu świętych, stu cadyków. A wówczas oczy Twe uradują się Twym ogrodem.

- Jakżeż mam to zrobić, mój synu - pytał Pan. - Jak sobie wyobrażasz?

- Zamiast jednego listka senesu na przeczyszczenie dla ludzkości, daj im sto listków. U Ciebie, Ojcze, wszystko możliwe.

Pan przygasił płomień czerwony, uśmiechnął się.

- Sto listków? Stu cadyków? Moi pierworodni, nie macie wyczucia materiału, z którego stworzona jest ludzkość. Nie przeczuwacie granic, które jako Stwórca sam sobie nałożyłem. Stu cadyków? To ich rozsadzi i rozłoży. Nie.

Gabriel uśmiechał się ufnie.

- O przecudowny, czyż nie największym cudem i mistrzostwem Twego tworzenia jest cudowna możliwość w najciaśniejszych granicach? Racz dać przecie co najmniej osiemdziesięciu cadyków jako senes i jako drożdże dla całej tej gliny ludzkiej. Dasz nam, Twoim pierworodnym, osiemdziesiąt nowych szczęśliwości i osiemdziesiąt możliwości wdzięcznej pomocy.

Pan wcale się nie gniewał z powodu targów Gabriela, ale nie ustępował.

- Mój miły - mówił Pan - robić takie sztuki i sztuczki, które przekraczają ustanowione przez samego Twórcę granice, to były właśnie pomysły Samaela. Chciał mnie przewyższyć i widzicie... Przedłużam byt ziemi na czterdzieści lat i posyłam czterdziestu cadyków. To najwyższa dawka, i to bardzo niebezpieczna, przekonacie się sami.

Pan rozstrzygnął, znów oddalił się ku sobie samemu. Gabriel zaintonował: „Sława, sława!” Aniołowie śpiewali: „Sława, sława!

Zaledwie skończyli, zaświeciły się na ziemi tu i tam zielone płomyki. Gabriel policzył je: czterdzieści płomyków. Każdy z płomyków nawet we śnie wzywał aniołów. Żaden z nich nie odbijał anielskich promieni, przeciwnie, każdy chłonął je, jak mchy leśne pochłaniają wilgoć. Aniołowie radowali się, byli naprawdę szczęśliwi i coraz więcej promieni tryskało z łon anielskich, a wybrani cadykowie, przechadzając się wszędzie po ziemi, także tak świecili, że olśniewali, ba, czasem po prostu oślepiali ludzi światłem. Nikomu z ludzi nie roiło się, by co? zaczynać z siebie samego, tym mniej nie roiło się, by błądzić albo grzeszyć. Oślepieni światłem, przymykali oczy i po prostu słuchali cadyków. Pilnowali jeden drugiego, pilnowali się wzajemnie na wyścigi, życie ich było coraz bardziej regularne, coraz cnotliwsze. Potem modlili się za przykładem cadyków i choć nie jest nam wiadomo, czy pochłaniali promienie anielskie na podobieństwo mchów, co chłoną wilgoć, ale dla naszego ludzkiego wzroku wyglądało na to, że naprzód cnota ich nakryła, potem zapał do świętości i wreszcie wyrzeczenie. Coraz więcej spośród nich uciekało na pustynię. Mężowie porzucali żony, żony porzucały mężów, mało tego, narzeczeni i narzeczone, to jest tacy, co jeszcze niczego nie spróbowali, porzucali się od razu. Nawet dzieci nabierały od razu smaku świętości. A kiedy dorastały, nie tylko nie żeniły się, nawet nie szukały narzeczeństwa ani zaręczyn. Zrazu ludności nie przybywało, potem zaczęło ubywać gwałtownie. Aniołowie zaczęli spoglądać z lękiem, czy powierzone im ogrody, plantacje, krzaki i gałązki Pana, mimo że zakwitły raz i drugi, mimo że wystrzeliły raz i drugi wytryskiem zapachów, nie zaczynają marnieć i wysychać?

Na szczęście byli jeszcze tacy ludzie, co jeszcze niezupełnie stracili ochotę do życia, chociaż, broń Boże, nie sprzeciwiali się cadykom, ani tym bardziej nie prześladowali ich, jak to bywało dotąd na ziemi, po prostu uciekali od nich. Czasami udawało im się to, bo tu i tam były jeszcze miasta wraz z prowincjami, w których cadykowie nie zdążyli jeszcze wszystkich nawrócić - czy to z powodu rozproszenia, czy też że glina, z której sporządzeni byli ludzie w tych miastach, była trochę oporniejsza, jakaś bardziej ciemna. I wówczas takie jeszcze niedoskonałe miasta i prowincje przepełniały się uciekinierami.

Przecie anieli czuwali, cadykowie chłonęli łaskę niebiańską i gdy w którym mieście nagromadziło się zbyt wielu uciekinierów, cadyk doznawał takiej łaski, jak kosarz górski, co raniutko podje sobie mamałygi z huślanką. Kosili grzechy, a kosili tak, że nic kolczastego i opornego już nie odrastało. Tak samo jak na carynce, koszonej co najmniej dwa razy w roku żaden bodiak, a tym mniej żaden kaktus nie odrośnie, tylko jedwabna pokorna trawa. Jednak i wówczas, w mieście tak już wykoszonym z grzechów, ci, co byli zawzięci do życia, uciekali i pędzili przed siebie, nawet daleko przez pustynię do miast odległych, w nadziei, że może tam cadykowie jeszcze nie wykosili wszystkich kolców, bodiaków i kaktusów. Pędzą przed siebie, patrzą, a tu przez pustynię z odwrotnej strony, im naprzeciw, ciągnie wielki pochód. Wozy naładowane kuframi jak za dawnych czasów, kobiety na wozach wcale ładnie ubrane, albo wcale ładnie rozebrane, co kto lubi. Klejnotów sporo, bo inni, ci cnotliwi czy święci, powyrzucali klejnoty jak śmiecie.

„A wy dokąd?” - pytają jedni drugich. I jedni, i drudzy odpowiadają to samo: „My do waszego miasta, bo z naszym cadykiem nie można wytrzymać. Nikt nie ubiera się, nie stroi się, nie śpiewa”. „Ależ to u nas nie można wytrzymać!” „Co znaczy nie można wytrzymać?” - pytają, nie wierzą. „Jedźcie, to zobaczycie”. Nie uwierzyli ani jedni, ani drudzy; i jedni, i drudzy pojechali do cudzego miasta. A tam strach istny. Cudze cnoty jeszcze gorzej pachną niż własne, bo do własnych każdy przywykł. Wracają i jedni, i drudzy do swego miasta, pokorni, skruszeni, padają plackiem przed swoim cadykiem: „Przebacz, rabi, i prowadź!” I tak już było, że nawet ci ostatni, najbardziej oporni, stracili nadzieję. Nawet kobiety. Ani się nie ubierają, ani się nie rozbierają. Ubiorą jakiś worek zgniły i tkwią w nim do końca życia. I cóż z tego wynikło? Nikomu nie przyjdzie do głowy nawet mieć dzieci. Koniec tego świata.

Minęło tak lat trzydzieści dziewięć. Sam Gabriel przypatrzył się ziemi, zaniepokoił się jeszcze bardziej niż przedtem. Zbliża się czterdziestolecie, ludzie pchają się na pustynię, przestają jeść i ciągle umierają, i to z zapałem. Samael wyniósł się, opuścił swoją instytucję. Natłok do nieba niebywały dotąd, plantacje Pana pustoszeją, bo wszystko przenosi się do nieba, a my? Zapewnialiśmy, że chcemy je piastować, rozwijać, i cóż z tego, ładny interes...

Cichy smętek przewiał przez dusze aniołów, nie tylko smętek, także tęsknota za kimś takim, powiedzmy sobie - za pewnym Kimś, który oddalił się nie tylko od ziemi, ale w nurty ciemności, których nie przenikają promienie. I wówczas Samael, który już bardzo daleko zawędrował, ku kresom ciemnych światów, jak sądził, tuż-tuż u bramy swej samotności, której wciąż szukał, poczuł nagle we śnie muśnięcie, tak jakby promienie wiotkie od dalekich skrzydeł go dotknęły. A także tęskne westchnienie: „Samaelu, gdzie jesteś, Samaelu?” Tak jakby człowieka we śnie dosięgły westchnienia dziewuszki wstydliwej, wcale nie natrętnej ani takiej, co zaraz chce się żenić, tylko takiej, co sama nie wie, czego chce. Samael obudził się. „Czyż nie jestem samotny? Właśnie udowodniłem sobie, że jestem samotny jak duch prawdziwie istniejący, sam z siebie i dla siebie, tak samo jak Pan. Już zbliżałem się do mej samotności, a tu szepty anielskie dosięgły mię”.

Wrócił, wciskał się powrotnym szlakiem pomiędzy przestworza, wciskał się wężem, aż zobaczył z daleka świecące spojrzenie. Pytał: „Czegóż żądają moi wszyscy bracia i siostry z rodu pierwotworów, z synów i córek Przedwiecznego?

Sygnalizując z daleka światła, Gabriel wskazał mu na ziemię:

- Spojrzyj, ogrody Pana wyczerpują się, bez radości dla Przedwiecznego. Zaradź.

Samael uśmiechał się przez przestworza. Z każdego uśmiechu mgławice pajęczyn czerwonych rozsypywały się jak błyskawice oplątujące niebiosa.

- Moi świetliści - sygnalizował Samael - jeszcze słońce nie wzejdzie, a zobaczycie, że brat najstarszy czuwa.

I Samael zstąpił z przestworzy na ziemię. Przechadzał się nad rzeką Dnieprem, granicą jednego z królestw. Chociaż z powodu powszechnej cnoty nie było ani złodziei ani szpiegów, ani włóczęgów bez paszportów, ani nawet dezerterów z wojska, bo kto służył w wojsku, to wyłącznie z obowiązku, to przecie na granicy czuwały jeszcze straże, co prawda słabiej, coraz mniej, ale przecie wypełniały obowiązek, obowiązki państwowe, te najniższe, ale bądź co bądź obowiązki. I strażnik graniczny, na którego przypadła służba, przechadzał się nocą nad brzegiem Dniepru. Nic się nie ruszało, ani mowy. Złych duchów już nie było, bo Samael się oddalił, nie było też niewiernych ani pogan, bo wszyscy byli wierni, sami chasydzi. Nie było też ani przemytników, ani w ogóle żadnych przestępców, ani nikogo takiego, bez którego istnienia nie ma interesu, aby płacić strażników. I nikt im nie płacił, strażnicy pilnowali tylko z obowiązku, i tak samo ten strażnik chodził sobie nad brzegiem Dniepru aż do rana. Jeszcze przed wschodem słońca, gdy pojaśniało, zobaczył nagle coś dziwnego. Naprzód piana w Dnieprze wzdęła się i rozigrała wirowo, a potem z wiru tego wyszła... cóż, czy to możliwe, dziewuszka młodziutka, śliczna! Strażnik otrząsnął się: nie, to anioł pełen słodyczy w spojrzeniach, co prawda nagi, lecz osłonięty płaszczem złotych włosów, co raz w lekkim powiewie zakrywały postać, a raz odkrywały. Strażnik, choć śpiący, rozruszał się nagle, jakby łyknął sobie dawno wycofanej z obiegu szabasówki albo nawet mocnego wina na Pejsach. Potem opanował się i wygłosił:

- Witaj, aniele, czy przyszedłeś tu, aby umocnić mnie w zasadach wiary, czy od razu chcesz mnie wziąć za rękę i zaprowadzić do raju na gody?

- Nie jestem aniołem - odpowiedziała dziewuszka - jestem pianą i igraszką żywiołów. O żadnych zasadach wiary nic nie wiem ani nigdy nie słyszałam.

Jakżeż słodki był jej głos. Po raz pierwszy skromny strażnik, który dotąd uczył się tylko i nigdy nie był pewny, czy dobrze się nauczył, poczuł się powołany do nauczania.

- Chodź, przecudowna, nauczę cię zasad wiary.

- Tak, panie - odparła słodko dziewczyna.

Strażnik ujął ją za rękę, a był tak szczęśliwy, jakby nie nauczać miał, tylko od razu znalazł się w niebie, i jakby na zadatek według starego zwyczaju łyknął sobie pół butelki pejsacznego wina. Tymczasem kapitan straży granicznej, z przeciwnego kierunku, przechadzał się dla kontroli. I on wiedział, że nie ma już tych wszystkich gagatków, dla których opłaca się drogo straż graniczną, i on nie dostawał żadnej zapłaty, wiedział wreszcie, że strażnik spełnia obowiązek dla obowiązku, ale i on kontrolował jedynie z obowiązku. Obowiązek na obowiązku podparty obowiązkami, a tu nagle widzi: cud! Olśniony, zachwycony, zmieszany, pyta raz strażnika, raz dziewczynę:

- Kogóż wiedziesz, mój strażniku? Kim jesteś, cudowny aniele? Czyż przychodzisz umocnić nas w zasadach wiary? Czy też może zwolnić od niepotrzebnych obowiązków, bo wrota raju blisko.

- Jestem igraszką żywiołów, o żadnych zasadach wiary ani obowiązkach nic nie wiem.

- Pójdź, przecudna - rzekł kapitan - wypada, bym ja cię o nich pouczył.

- Tak, panie - zgodziła się dziewczyna. Kapitan ujął ją pod rękę i prowadził brzegiem Dniepru, a strażnik dreptał za nimi.

Już słońce wytoczyło się od wschodu, gdy wojewoda pogranicznej prowincji, nie tak jak w państwach nie udoskonalonych, wstał raniutko i, po modlitwach i ablucjach, konno zwiedzał pas pograniczny. Oczywiście wyłącznie z obowiązku, bo w owych czasach także wojewodowie bez żadnej pensji tylko o tym myśleli. Gdy zobaczył dziewicę, zrozumiał z miejsca, że to posłanie z niebios i szczególna misja dla wojewody, bo niebiosa pilnując porządku zaczynają od postaci czołowych.

- Kim jesteś, przecudowna? - zawołał. - Jakie posłanie niesiesz z niebios na moje ręce dla naszego państwa? Czy może masz umocnić nas w wierze na to, byśmy i my...

- Panie - przerwała dziewuszka - jestem igraszką żywiołów, żadne obowiązki, posłania ani zasady wiary mi się nie przyśniły.

Wojewoda zrozumiał.

- Jak widzę, jestem powołany, by cię o nich pouczyć. Chodź ze mną, przecudowna.

- Tak, panie - zgodziła się dziewuszka.

Wojewoda zsiadł z konia, ujął za rękę cudowne zjawisko, a tamci dreptali za nim z wywalonymi językami, oczywiście bez zazdrości, ani dlatego, że nadzieja na ich powołanie zawiodła, lecz że wciąż jeszcze żywili nadzieję nauczania.

Gdy przybyli do stolicy, właśnie stary pan kanclerz przejeżdżał sześciokonną karetą, wokół niego jechali uzbrojeni konni hajducy, oczywiście nie żeby kogoś atakować albo ranić i nie z musu ani z rozkazu, tylko wszystko z obowiązku, wszyscy wychowankowie cadyków, udani i zapamiętali chasydzi. Gdy dojrzeli wojewodę, zatrzymali się i kanclerz zawezwał do siebie wojewodę, by zdał mu sprawę z objazdu granicy, lecz zanim wojewoda odezwał się, kanclerz dojrzał dziewuszkę.

- Cóż to za postać niebiańska! Powiedz, złocistowłosa, czyś wysłana na umocnienie nas na drodze wiary?

- Jestem igraszką żywiołów - odpowiedziała dziewuszka - o żadnej cnocie ani umocnieniu nic mi nie wiadomo.

Orszak kanclerza trwał bez ruchu w milczeniu. Stary kanclerz zadumał się. Wreszcie rzekł:

- Z obowiązku i z urzędu najwyższego wypada, bym ja, nie kto inny, pomógł ci i pouczył o cnocie i o wierze.

Wojewoda ośmielił się:

- Jaśnie wielmożny panie kanclerzu, czyż nie należałoby zachować ten właśnie urząd dla króla jegomości?

- Wiem, co robię - rzekł kanclerz. - Piękna, pójdź ze mną.

- Tak, panie - rzekła pokornie dziewuszka.

Kanclerz posadził ją w karecie obok siebie. Kareta i orszak ruszyły z kopyta. Tymczasem po całej stolicy rozeszły się wieści, że niebo zaszczyciło kraj wysłanym aniołem z nieba czy też igraszką żywiołów. Przeto i młody król jegomość wyjechał z licznym orszakiem na jej spotkanie. Zobaczył ją w karecie kanclerskiej, uchylił kapelusza.

- Piękna - zawołał - pójdź powierzyć mi posłanie niebios na to, abym ja, król, dla dobra wszystkich mógł wszystkich obywateli umocnić w wierze.

- O niebiosach ani o wierze nic nie wiem, jestem igraszką żywiołów.

Król spoglądał ku niebu.

- Widoczny to znak, że ja właśnie mam cię pouczyć i umocnić w wierze.

- Wasza królewska mość - ośmielił się stary kanclerz - czy nie należałoby przedłożyć tej sprawy do rozstrzygnięcia naszemu cadykowi? On jest nieomylny w sprawach wiary.

- Zostawcie to mnie - odparł król. - Ja jestem królem i jestem młody. Najlepiej wiem, kto do czego powołany. Chodź ze mną, piękna.

- Tak, panie - odrzekła pokornie dziewuszka.

Król skinął, poczet królewski otoczył ją, uprowadzili ją w towarzystwie króla. Wszakże inni, choć dotychczas niefortunni nauczyciele, nie mając wcale ochoty zrzec się nauczania, biegli lub jechali, stosownie do godności, raźnie za orszakiem aż pod zamek królewski. Gdy król celem nauczania znalazł się sam na sam z dziewuszką, rzekł:

- Zostaniesz moją żoną, cudowna.

- Nie, panie - po raz pierwszy sprzeciwiła się dziewuszka.

- Czyż nie chcesz zostać królową? Czyż nie uważasz się za godną?

Dziewczyna spuściła oczy.

- Dlaczego nie miałabym zostać strażnikową czy kapitanową, wojewodziną czy kanclerzową? Stańcie, najjaśniejszy panie, i wy wszyscy, którzy macie mnie pouczyć o zasadach wiary, w odległości stu kroków za mną i gońcie mnie. Kto mnie dogoni...

Ani król, ani inni nie dosłuchali powiedzenia dziewuszki, tylko jeden za drugim pogonili za nią z miejsca. Dziewczyna zmykała jak sarna, jak jaskółka, jak motyl, przed siebie, przed siebie. A za nią w pędzie naprzód król, kanclerz, wojewoda, kapitan i strażnik, a za nimi inni mężczyźni stolicy, co właśnie rozmodleni licznie wysypali się z synagogi; widząc, co czyni władza legalna, w poczuciu uprawnienia, pocwałowali za dziewuszką. Dowiedział się o tym cadyk stolicy. Pośpiesznie, może nawet jakimś czarownym sposobem, zwołał cadyków, chciał opamiętać. Lecz tamci zmykali zbyt prędko, przeto i cadykowie, celem opamiętania, lecieli za nimi w samym ogonie pościgu.

I Samael zjawił się w niebie na posiedzeniu synów Pana.

- Patrzcie, świetliści, czyż dobrze czuwałem? Ogrody czy nie ogrody, plantacja czy gałązki, przyznacie przecież to jedno, że ja znam się na doktrynach. Ale o co chodzi najwięcej? O nowość nieoczekiwaną. To uraduje Pana.

Nieoczekiwana nowość oszołomiła aniołów, i choć czterdzieści lat jeszcze nie upłynęło, Gabriel sam nie wiedząc, czy ma być spokojny, że nie wyszło gorzej, czy zrozpaczony, że ogród Pana tak się zmarnował, wszedł do samotności Pana.

- Ojcze i Panie, spojrzyj, co się dzieje na ziemi.

I Pan spojrzał łaskawie. Zobaczył jak za jedną małą gołą dziewuszką gonią wszyscy, wszyscy przez pola, przez lasy, przez góry. Płaszcz włosów złocistych to odkrywał, to zakrywał jej postać. A ona, leciutka jak sarna, jak jaskółka, jak motyl przelatywała pola, wody, lasy i góry.

Światło, samo światło tryskało z oczu i z kędziorów Pana. Pan śmiał się, śmiał się, śmiał się. Orzekł:

- Nie ma już mowy o tym, aby ich wymazać. Niechaj nas dalej tak czy inaczej radują.

- Ojcze i Panie - dodał Gabriel - muszę przyznać, że to zasługa najstarszego z nas, Samaela, od kiedy wrócił z poszukiwań samotności.

- W nim najwięcej tego, co nieoczekiwane, ach - westchnął Pan.

La Combe 1952-1953

 


POPRZEDNI ROZDZIAŁ

SPIS TREŚCI