Nazajutrz, wyspawszy się znakomicie, Cezary obudził się bardzo wcześnie. Deszcz podzwaniał w szyby okna i wiatr zimny przenikał do pokoju. Słychać było w sąsiednich izbach bohaterskie chrapanie księdza (nieznane) i Hipolita (znajome doskonale). Pokój Cezarego był niezmiernie wysoki, o ścianach bielonych wapnem i drewnianej powale. Okna i drzwi były wpuszczone w grube mury, co przypominało w rzeczywistości starą "ariańską" rozmównicę, salę zrzeszeń czy modłów. Młodzieniec w doskonałym usposobieniu wstał szybko, wymył się i wyczesał wzorowo, ubrał i wychylił za drzwi swego pokoju. Sień z kamienną posadzką była jeszcze wyższa niż pokój. Schody z niej prowadziły na piętro, gdziejuż chodzono w ciężkim obuwiu i rozmawiano. Otwarłszy drzwi do ogrodu Baryka zobaczył park, wczoraj w ciemności postrzeżony.

Park był bardzo rozległy, schodził ze wzgórka, na którym stała "Arianka", w dół,. do dworu otoczone o sadzawkami i basenami wodnymi. Dwór był drewniany, lecz na kamiennych podmurowaniach, które musiały dawniej podpierać inną jakąś bardziej wyniosłą budowlę. W parku były długie aleje grabowe, wynoszące się w pola i dalekie zarośla. W jednej takiej alei stały wokół zmurszałe, drewniane ławki, zasypane zwiędłymi liśćmi i zalane wodą deszczową. Wszystkie aleje i uliczki były zawleczone wilgotną mgłą, która dla Cezarego miała jakowyś szczególny urok. Z rozkoszą wałęsał się w długich, grabowych nawach, nie spotykając żywego ducha. Zawijał się w swój płaszcz przewiewny i doświadczając ciepła w listopadowym powietrzu, cieszył się, upajał, nasycał swym zdrowiem fizycznym i duchowym błogostanem. Śpiewał półgłosem samemu sobie radosną piosenkę, skandalicznie głupią co do treści i niewybredną co do formy.

Jedna z ulic wielkodrzewnych wyprowadziła go z parku na folwark, między stodoły, sterty zboża, obory, stajnie, kupy nawozu i fioletowe gnojówki. Tam od dawna kręcili się ludzie, z których każdy osobnik witał spacerującego "pana" ukłonem. Te to ukłony zepsuły poranek ideowemu komuniście, wpędziły go w pewien rodzaj popłochu. Toteż co prędzej odszedł z tamtych zaludnionych okolic. Trafił do ogrodu warzywnego, a później do ptasiego ogrojca. W drucianym odosobnieniu przechadzały się tam skromne kury i poważnie defilowały koguty, raz po raz ogłaszając absolutną niepogodę wrzaskliwym komunikatem, biadając pokrakiwały indyczki i rozpuszczały tęgie pióra z dzikim bełkotem indory, na pół obłąkane z manii wielkości. Wspaniały paw siedział na płocie nieruchomy, jakby wyrzeźbiony z brązu wielobarwnego, pewien uroku swych piór i kolorów swej szyi. Wrzaskliwe perliczki niestrudzenie i kłótliwie wykrzykiwały jakieś, doprawdy, nieprzyzwoite przezwisko. Nieporządne kaczki chłeptały strawę, nurzając dzioby, nogi i brzuchy w korytku - gęsi wydawały co pewien czas iście dulskie i klępie głosy podziwu nad wszystkim i niezrozumienia nic a nic na tym świecie. W tym społeczeństwie było tyle ciekawego życia, że Baryka formalnie zagapił się na ten sowiet ptasi.

Popsuła mu kontemplację scena najzabawniejsza pod słońcem. Oto zjawiła się w pobliżu chlewików i kurników panna-podlotek, jakaś wysmukła i wiotka gidia pensjonarska. Wyszła z domu, w którym Baryka noc przepędził. Była to najoczywiściej przyjezdna - z miasta czy z daleka - krewna któregoś z oficjalistów, gdyż w sposób wielkomiejski wszystkiemu się dziwiła i co krok trafiała kulą w płot, pytając o wszystko przechodzących na bosaka i w wysokim podkasaniu "dwórek" folwarcznych. Tak to obserwując wszystko, panna zabrnęła między perliczki, których całe stado wykrzykiwało popod krzakami porzeczek. Czym tym Afrykankom zawiniła, Cezary nie spostrzegł. Nagle stała się rzecz nieoczekiwana i fenomenalna: jeden z osobników starych, ze zgiętą szyją i nieproporcjonalnie małą głową niebieską, a więc samiec tego hałaśliwego rodu, rzucił się ku rozlazłej pannie z pazurami i groźnie rozwartym dziobem. Skakał wprost z ziemi aż do brzucha oniemiałej dzieweczki. Ogon, zawsze zgięty ku dołowi, teraz stał się jakby nowym szponem tego potwora, niebieski na głowie rożek, w tył zakrzywiony - nowym pazurem. Przeraźliwy krzyk perlicy, najwyraźniej po polsku przeklinający - "psiakrew! psiakrew! psiakrew!' - i atak tego szarego jajka z mnóstwem pazurów, dziobów, haków tak przeraził dziewoję, iż z wrzaskiem przewyższającym okrzyki perlicy rzuciła się do ucieczki. Nogi, ręce, sznurowadła, paski od swetra, wstążki, warkocze, falbanki majtek wiewały w powietrzu, a bek rozpaczliwy rozdzierał jesienne sielskie powietrze. Perlica nie dała za wygranę, nie dała się ugłaskać tak wyraźnymi objawami kapitulacji, lecz rzuciła się w pogoń za pierzchającym dziewczęciem z krzykiem swoim, nabierającym coraz groźniejszych akcentów bojowych.

Przerażona panna wyrywała do "ariańskiej" oficyny, coraz szybciej biorąc za pas nogi. Wreszcie wpadła do wielkiej sieni od strony dziedzińca. Tam napełniła spazmatycznymi jękami i wołaniem na pomoc jakiejś cioci wysokie przejścia i schody, aż zatrzasnąwszy za sobą drzwi na górze przycichła wreszcie w warowni piętra. Perliczka jednak i tam nie ustała. Goniła mężnie swą ofiarę do sieni z kamienną posadzką, wpadła do wnętrza i do podnóża schodów i, stojąc w groźnej postawie na wprost klatki schodowej, gdzie jej sprzed oczu znikła mieszczanka, długo jeszcze ogłaszała światu zwycięstwo, wywrzaskując swoje "psiakrew! psiakrew! psiakrew!" Parobcy, baby z czworaków, dziewczyny folwarczne dawno nie miały tak efektownej rozrywki. Niektórzy z chłopów pokładali się na ziemi ze śmiechu, patrząc na tę scenę. Nawet kiedy już kusa perliczka, syta sławy i tryumfu, wracała spod "Arianki" do swojej gminy, jeszcze wielkomiejska panna nie śmiała z domu nosa wyściubić.

Zimno jesienne przejęło jednak obserwatora. Postanowił pójść do dworu, obejrzeć go po dniu i - last not least - coś ciepłego wypić czy też przekąsić. Miał zresztą szczery zamiar podzielić się porannymi wrażeniami z panną Karoliną, a nade wszystko dowiedzieć się od niej, kogo to tak zawzięcie zwalczała i ostatecznie pokonała Afrykanka na folwarku. Nosił się nawet z myślą, aby specjalnie zapoznać się z ową pokonaną "stroną" i pogawędzić z nią w ogóle o perliczkach. Po cichu obszedł dwór nie napotykając żywej duszy. Wszystkie okiennice były jeszcze pozamykane i cisza wewnątrz panowała. Dwór był ogromny, z dachem łamanym. Ponad tym dachem rozpościerały się konary wielkodrzewów.

Odnalazłszy wczoraj poznane schody główne Cezary Baryka wszedł do głównej sieni. Z tej sieni były otwarte drzwi do pokoju stołowego, gdzie poprzedniego wieczora ucztowano. Pusto tutaj było, lecz już sprzątnięto do cna wczorajsze nakrycia. Ogień palił się na wielkim kominie z zielonych kafli. Widok i trzask tego ognia podczas przejmującego poranka sprawiał istną rozkosz. Wielkie płonące polana sosnowe czy jodłowe napełniały obszerną i dość surową salę jak gdyby śmiechem i gwarem licznych biesiadników. Baryka ogrzał ręce przed ogniem, ale w pobliżu ogniska było za ciepło. Toteż spostrzegłszy dużą, starą sofę w rogu sali, rzucił się ku niej, zasiadł w najdalszym jej kącie i zapatrzywszy się w daleki blask ognia na kominku, począł "myśleć sobie". Kontemplacja ognia, a przy jego blasku wspominanie i marzenie, śnienie, drzemanie duchowe, myślenie obrazami o wszystkim przeżytym i mętne powzięcie o niedożytym, o widzianym i prześnionym - stanowiło istne nurzanie się w swym jestestwie, oglądanie swej jaźni.

Lecz te chwile zostały zakłócone. Cezary Baryka doznał przerwy w swych myślach, niczym Tadeusz Soplica po przyjeździe na wieś. Trochę się to tylko odbyło inaczej. Oto gdzieś daleko, w sieniach i czeluściach domu dało się słyszeć nucenie wczorajszej piosenki księdza Anastazego - "Caroline, Caroline... "

Drzwi się otwarły i weszła do sali jadalnej panna Karusia we własnej osobie - ale w jakimże dezabilu! Oto - po prostu w koszuli. Gdzieś tu, widać, w sąsiedztwie jadalni sypiała, toteż wprost z łóżka przyszła do ognia ogrzać się troszeczkę. Miała na nogach bez pończoch wsunięte miękkie i mocno przydeptane pantofle, włosy rozpuszczone i - powiedzmy całą prawdę! - rozkudłane, które właśnie rozczesywała, a na sobie jedynie krótką koszulę, mocno powystrzyganą i koronkowo- przejrzystą u góry. Stanąwszy przed wielkim ogniem kominka, panna Karusia poczęła wyczyniać rozmaite piruety i krygi - przechylać się i wyginać. Zapewne w celu zagrzania tu i tam podczas tak chłodnego poranka, zadzierała i tak już krótką koszulinę - albo znowu zasłaniała

się nią bezskutecznie, gdy zanadto w jakim miejscu parzyło. Podśpiewując i balansując czesała swe długie, pozłociste włosy. Wykonywała już to prawą, już lewą nogą lekkie pas w stronę ognia, jakby sama była na scenie, a tańczyła bachiczny tan ku uciesze widzów siedzących nisko na parterze, w głębi gorejącego pieca. Cezary był zachwycony tym widokiem, choć nie siedział w parterze, lecz w dalekiej loży. Nigdy nie miał przed oczyma kształtów kobiecych tak harmonijnie pięknych i młodzieńczo jędrnych. Każdy ruch i przegub ciała panny Karusi był pełen niezwalczonego powabu. Lecz przecie brutalstwem było zbyt długie napawanie się widokiem rozmamłania młodej piękności. Toteż Baryka, po dość długim zresztą namyśle, chrząknął i rzekł wesoło:

- Obawiam się, że włosy pani mogą się zapalić od ognia i wtedy...

Nie miał czasu na dokończenie zdania zawierającego obawy tak słuszne, przewidujące, niemal ojcowskie - gdyż panna Szarłatowiczówna wydała nagły okrzyk - niczym tamta dziewoja uciekająca przed perliczką - i runęła we drzwi z takim impetem, że o mały włos nie wyrwała ich z zawias. Odkąd te drzwi były drzwiami, klamka klamką, a zawiasy zawiasami, nigdy jeszcze nikt nie potraktował ich w sposób tak wybuchowy. Stare, spaczone drzwi długo jeszcze chwiały się na przerażonych hakach i szczękały wystraszoną klamką. Ogień na kominie zdawał się strzelać i trzaskać, buzować i huczeć ze śmiechu z podwójną i potrójną swą mocą, jakby tam w głębi rzeczywiście tłum rozbawiony oklaskiwał przygodę panny Karusi.

Cezary nie wiedział, czy ma siedzieć na swym miejscu, czy głęboko zawstydziwszy się, wstać i wyjść. Został. Po pewnym czasie nadciągnął Maciejunio w rannej kurtce, a nawet w małej czapeczce, którą musiał widywać na łysinach mâitre d'hôtel'ów w czasie podróży po Europie z nieboszczykiem jaśnie panem - "Panie, świeć nad jego duszą"...

Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów4 największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych "podręcznych" Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił "masełko", tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, który nieznacznie wskazywał, i coś "ośmielał się" szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Od wczorajszych doświadczeń polegał na zdaniu Maciejunia. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem - nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki - "kawusia", rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki, przypiekane przez ogień zewnętrzny.

Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do "kawusi", kożuszków, "śmietaneczki", chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu - do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domowników jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy. Panna Szarłatowiczówna wstała już wprawdzie, ale teraz powróciła znowu do łóżka, a do stołu dziś w ogóle nie zasiądzie, gdyż jest niezdrowa.

- Doprawdy? Zasłabła? - troskał się młody Baryka.

- Jakoś... Ból głowy. Febra. Bo to teraz te ciągłe zmiany pogody. To pogoda, to masz! znowu niepogoda. Nigdy tego dawniej nie mieliśmy w naszych tutaj stronach. Była pogoda, no to pogoda. A teraz... Widać panienka z tej ciągłej niepogody wpadła w zapalączkę. Niektórzy mówią, że to wojna wpływa tak na tę niepogodę. Ciągłe strzały z armat.. Ale my tutejsi nie możemy tego wiedzieć.

- Może być, że to i wojna... - westchnął Cezary zmiatając najprzedniejszą marmoladę z brzoskwini.

Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit Wielosławski wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i niewidzialnym kuchennym ośrodku. Wjechały zaraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Barykę, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

Hipolit jadł co się zowie. Do smakołyków podanych żądał dodatków w postaci "serwelatek" ', szyneczek, serków takich i owakich. Nasycił się wreszcie, rzucił serwetkę i wstał od stołu.

- A gdzież to panna Karolina? Jeszcze śpi? - pytał Maciejunia.

- Właśnie... jaśnie panienka jakoś nam dzisiaj niezdrowa.

- Leży?

- Uchowaj Boże! Nie obłożnie, ale nam jakoś niezdrowa.

- Rozumiem. A niechże wam będzie niezdrowa! No, Cezary - do koni! Idziesz ze mną?

- Jeszcze by też!

Wyszli hucznie, buńczucznie. Dziedziniec był brukowany, niczym plac miejski. Stajnie mieściły się na drugim jego końcu. Drzwi tam były otwarte i na progu stajni czekał wyprostowany i wypucowany Jędrek w spodniach w czarno-białe kratki i czerwonym lejbiku. Hipolit wpadł skokiem do stajni i witał się z końmi. Wielkim głosem wołał po imieniu na wierzchowce, których miał osiem, witał się z cugowymi i "brakami". Chodził od gródzy do gródzy to pokrzykując, to pieszcząc się z końmi, jakby z najlepszymi przyjaciółmi. Miał łzy w oczach i uśmiech szczęścia na twarzy.

Krok w krok chodził za nim Jędrek, stajenny. W każdym ruchu, w tonie głosu, uśmiechu i zasmuceniu naśladował swego pana - nie mówiąc już ani słowa o poglądach, mniemaniach i zasadach zarówno stajennych, jak ogólnoświatowych. Cezary wywnioskował z obserwacji, że ów Jędrek mieści się bez reszty w Hipolicie Wielosławskim. Jest w nim i krąży całą swą istotą wewnątrz tamtego niczym jakowaś planeta ciemna dokoła świetlistego słońca. Na wyprawie wojennej, w obcowaniu z osobami wysoko postawionymi Jędrek nauczył się używania wyrazów ozdobnych, paradnych, niejako krasomówczych i wysoko stylowych. Mówił, wciąż wtykając tu i tam, a nie zawsze we właściwe miejsce - "ewentualnie", "naturalnie", "faktycznie", "względnie" - a zwłaszcza "absolutnie". Tego "absolutnie" wprost nadużywał. Nadużywał również przysłówka "jednakowoż", który zjawiał się w jego ustach ni w pięć ni w dziewięć w zwykłych zdaniach oznajmiających. Jędrek mówił na przykład:

- Muszę to pokazać: Kasztan przychudł, a jednakowoż "Angielka" także przychudła.

- Sam to doskonale widzę, ale coś ty - przepraszam - robił od rana?

- Wyrzucałem spod cugowych nawóz, ewentualnie gnój.

- Dlaczego Kasztan przychudł? Koń tyje od zgrzebła. Wiesz ty o tym czy nie?

- Absolutnie!

- Ale kto temu winien, że Kasztan przychudł? Gadaj!

- Ścierwo Namulak jeździł na Kasztanie po pocztę.

- Na moim koniu po pocztę! Po pocztę! Na Kasztanie! Pasy będę

- To samo powiedziałem panu rządcemu. Na naszym koniu, na Kasztanie, po pocztę! Pasy drzeć! Namulakowi za ruszanie naszych koni zaraz dałem w kufę, względnie w mordę, raz i drugi.

- Właśnie, właśnie, fllozofie!

- Właśnie! Mówię: dryniu, naszych koni łapą swoją czarną - ni-ni! Wara od naszych koni! Absolutnie!

Ten właśnie wyraz w postaci już to zupełnej, już nie wykończonej, wciąż syczał wjego wargach. Przechodząc od konia do konia, przyjaciele obserwowali tu suchość głowy i odnóża, twardość kopyt w kształcie kubka, o rogu niezłomnym i lśniącym - tam delikatność skóry, jedwabistość sierści gładkiej i połyskliwej. Na widok przychodniów konie zwracały ku nim głowy o wielkich, rozdymających się nozdrzach, o oczach przedziwnie żywych, nakrytych z lekka cienką powieką. Żyły ich, oczywiste pod krótkim uwłosieniem, wzdymały się i widać było, jak krew w nich płynie, zaiste, grając przecudną pieśń życia. Przestępowały z nogi na nogę, a ruchliwe uszy zdawały się pilnie nadsłuchiwać, co ci przychodnie do siebie mówią. Hipolit klepał swych ulubieńców i ulubienice po wystających kłębach, po krzyżach równych i szerokich, po pochyłych łopatkach i cienkich, długich, wygiętych szyjach. Tu i tam wymawiał imię pieszczotliwe i przytulał twarz do wystających kości wielkich policzków. Cezary zaglądał w te oczy nieznane, pełne rozumu, ognia i tajnych marzeń, których nigdy nie obejmie i nie zgruntuje marzenie człowieka. Słuchał krótkich, niejasnych westchnień, które raz w raz z potężnych, głębokich piersi wznosiły się, mówiąc o tęsknocie za jadłem i napojem, wiekuistym źródle rzezi i mordu wśród podłego białych dwunogów rodu - czy o tęsknocie za czymś innym, zupełnie dla dwunogów niewiadomym, dalekim, sennie upragnionym. Wśród tego radosnego z końmi obcowania, gdy miłe, podniecające było tu wszystko, nawet zapach amoniakowy i odór potu zwierzęcego - przeszyło Cezarego uczucie obcości i samotności. Jakoby przekazani głębiom jego duszy przez oczy końskie z otchłani ich egzystencji, załkał w nim ojciec i załkała matka. Myśl gorzka i cierpka, owoc wszystkiego, co w swym życiu widział, nasunęła wewnętrzne, zjadliwe pytanie:

"Kiedyż nadejdzie podły dzień, iż tenże Jędrek posiądzie odwagę i zdobędzie się na siłę, żeby jaśnie pana chwycić za gardło i bić w kufę, względnie w mordę? Czy też Maciejunio da radę, czy potrafi wypchnąć jaśnie dziedziczkę za drzwi główne, właśnie w pazury motłochu? Czy potrafi wpuścić biedę okolicznych wsi, ażeby nareszcie zobaczyła, co to tam jest, co się mieści w salonie, w środku tego starego dworu, bardziej niedostępnym i bardziej tajemniczym dla tłumu niż święty kościół w Nawłoci?"

Cezary odepchnął od siebie tę myśl wstrętną i nachalną, która go już od wczorajszego wieczoru napastowała. Właśnie Hipolit Wielosławski wydawał rozkazy:

- Linijkę! Czy linijka oczyszczona, nasmarowana, gotowa?

- Absss....

- Kasztan do linijki!

Zwracając się do Cezarego spytał:

- Czaruś, jedziesz ze mną?

- Jadę.

- Jeszcześ tak, braciszku, nie jeździł na tym padole. Zobaczysz! Kasztan do linijki!

Piorunowymi skokami i nagłymi ruchy Jędrek wytoczył z sąsiedniej wozowni linijkę, wózek na wysokich kołach, z wąskim siedzeniem podłużnym, który przypominał swym kształtem chudego pająka. Wnet lśniąca uprząż narzucona została na Kasztana i sam ten wspaniały koń znalazł się między dwoma drążkami zaprzęgu. Kościsty i muskularny czteroletni biegun wzdrygał się pod uprzężą i bił kopytem w kamienie podwórca. Hipolit chwycił lejce z rąk Jędrka i zaprosił Cezarego, żeby usiadł tyłem do niego, w postawie "dartego orła"'. Obadwaj mocno oparli nogi na żelaznych prętach wewnętrznych, okalających osie, Hipolit ujął bat w rękę i cmoknął na Kasztana. Koń poszedł z miejsca ostrym kłusem.

Z początku Hipolit Wielosławski jechał szerokim gościńcem, pełnym wybojów i wądołów, i na tej drodze nie mógł wypuścić Kasztana w bieg pełny. Cezary siedząc tyłem do konia, pierwszy raz oglądał krajobraz wybiegający niespodziewanie. Widoki pól wypadały przed jego oczy z dwu stron jako części nie łączące się ze sobą. Było to dziwne wrażenie podwójnej nowości i obcości, a jednak pełne powabu. Dzień był mglisty, zimny i senny. Pola już zupełnie puste. Tylko tam i sam, daleko widnieli jeszcze ludzie, którzy nad czymś pracowali. Plamy ich ruchome i ciemne przesuwały się po żółtych i szarych polach, po powierzchniach jakby odartych ze skóry, dookoła samotnych wozów. Kędyś daleko płonęło niewidzialne ognisko i siwy dym długą smugą we mgły przepływał.

- Dobijamy do szosy - rzekł Hipolit. - Teraz ruszymy. Czuj duch!

- Rozkaz!

Hipolit ujął Cezarego obiedwiema rękami pod łokcie w ten sposób, że się spletli nierozerwalnie. Linijka z nagła zaturkotała wbiegłszy na szosę kamienistą, kostropatą od śpiczastych krzemyków i granitów. Hipolit zaciął Kasztana raz, drugi i trzeci. Koń rzucił się naprzód i poszedł w pełny galop.

Linijka poczęła z warczącym hałasem miotać się od rowu do rowu, od pryzmy tłuczonego kamienia do pryzmy. Ten bieg wciąż jeszcze wzmagał się od siarczystych razów. Wreszcie przeszedł w skok szalony, co siły w biegunie. Cezary już nic nie widział. Cały jego wysiłek polegał na zachowaniu równowagi i utrzymaniu oparcia o plecy Hipolita. Koła wózka zdawały się nie dotykać ziemi, a zamiatały szosę w prawo i w lewo, coraz częstotliwiej furkocząc.

- Teraz uwaga! Pełny bieg! Full pace! - wrzasnął Hipolit. W istocie, nastał bieg tak pełny, że Baryka przymknął oczy. Czekał na katastrofę. Rad by był wydobyć ręce spod uścisku łokci Hipolita i w pełnym biegu zeskoczyć, lecz Wielosławski nie popuszczał swego pasażera. Krzyk jego, popędzający konia, stał się dziki i srogi. Bat jego świstał. Ta wariacka jazda trwała tak długo, że pasażer stracił wszelką nadzieję, żeby się kiedykolwiek skończyć mogła. Czuł zawrót głowy i mdłości.

Za żadną jednak cenę nie byłby się przyznał do tego nierycerskiego stanu. Milczał mężnie i wytrwale czekał. Jak przez sen usłyszał w tym locie jakieś nawoływanie. Zobaczył jakieś z boku ruchome plamy, ale tak niejasno, w takich gzygzakach, że to nie dotarło do jego świadomości. Lecz oto Wielosławski począł zdzierać lejcami swego skakuna. Linijka pędziła jeszcze, lecz już bardziej środkiem szosy. Hipolit puścił ręce Cezarego i z całej siły siepał w tył lejcami rozbieganego konia. Wreszcie przeforsował go, puścił w kłus i stanął na miejscu.

- Patrz, jak mię ten wariat urządził! - zawołał Hipolit zeskakując z linijki na ziemię.

- Który wariat?

- Jeden z wariatów...

Istotnie, cały Hipolit był zabryzgany błotem, lepki od stóp do głów. Twarz jego ledwie było widać pod bryzgami.

- Zdaje mi się, że na nas ktoś wołał - rzekł Cezary.

- Skąd?

Rozejrzał się po polach i roześmiał radośnie:

- A! Pani Laura...

- Gdzie? Jaka znowu Laura?

- Sąsiadka nasza, pani Laura Kościeniecka, ze swym narzeczonym. Patrzże!

Cezary obejrzał się dookoła i rzeczywiście spostrzegł "sąsiadkę". Zbliżała się młoda dama sadząc ślicznymi, wspaniałymi skokami na przepysznym szpaku. Obok niej kłusował jeździec na gniadym wierzchowcu. Dama jechała po męsku, doskonale trzymając się na siodle i świetnie władając koniem. Gdy z polnej drogi zbliżyła się do szosy i miejsca postoju bohaterów linijki, Cezary mógł oglądać jej obcisły strój męski, lekkie buty, żółtawe ineksprymable, krótki spencerek i niski, okrągły kapelusz. Bujne blond włosy nad wyraz pięknego koloru, zwinięte w duży węzeł w tyle głowy, doskonale były ujęte przez owo niskie nakrycie głowy. Dama śmiała się do rozpuku, przypatrując się z uwagą Hipolitowi.

- Pospieszamy panu na pomoc, miły sąsiedzie! Jechaliśmy właśnie z panem Władysławem moimi granicami - aż tu widzimy, że kogoś natrakcie konik ponosi - ha-ha-ha!...

- Myli się pani. Konik nas wcale nie ponosił... - oburzył się Hipolit.

- Doprawdy? Nie? A to się cieszę. Bo już współczułam bliźniemu.

- Dziękuję w każdym razie za współczucie w swoim imieniu i w imieniu mego przyjaciela, Cezarego Baryki.

- A! - skinęła głową pani w stronę Baryki. - Zdaje mi się jednak, że moje współczucie raczej ubodło sąsiada... - ciągnęła złośliwie, zwracając się znowu w stronę Hipolita.

W ogóle "przyjaciela Baryki" zdawała się nie dostrzegać, jakby był czymś daleko mniej interesującym w tym zaprzęgu niż koń Kasztan.

- Ależ go pan zmydlił! - wtrącił mocnym, basowym głosem towarzysz pani Kościenieckiej. - Cały koń w pianach. Myślę, że go pan napalił. Ależ dycha! Kiedyż pan powrócił?

- Wczoraj.

- Tiens! - syknęła pani. - I już dziś rano tak forsowna eskapada!

- Na wojnie przyuczono nas rano wstawać.

- A pan także z wojny? - zapytała młoda dama zwracając się do Cezarego.

- Tak. Oczywiście. Tak jest, z wojny.

- Pan pozwoli, że się przedstawię... - rzekł do Cezarego swym najniższym basem towarzysz pani Kościenieckiej. - Jestem Barwicki.

- Baryka.

- Z uszanowaniem patrzę na prawdziwych żołnierzy... - mówił z oczyma przymrużonymi chytrawo. - Sam tutaj jedynie na miejscu działając w zakresie organizacji i świadczeń, prawdziwie cześć mam dla żołnierzy.

- Wiadomo przecie, że pan nie mógł iść ze względu na swą astmę... - wtrąciła pani Kościeniecka.

- Pan Władysław chory na astmę? Tak? Nic nie wiedziałem... - dziwił się Wielosławski. - To widocznie podczas wojny musiał się pan tej astmy nabawić... - Gdzież tam! Już dawniej pan Władysław miał ataki duszności, a teraz się to uwidoczniło, gdy go lekarze podczas superrewizji zbadali.

- Życzę panu z serca powrotu do normalnego zdrowia! - mówił Wielosławski z najszczerszymi drwinami do potężnego jeźdźca, który mógłby pospołu ze swą astmą mury forteczne łamać.

- Dziękuję, dziękuję... - bełkotał tamten ściskając co prędzej wyciągniętą prawicę.

- A czy panowie zdają sobie z tego sprawę, że jesteście na moim polu? - rzekła nagle pani Kościeniecka. - Zajechaliście moje dziedziny. "Gdy jeleń wszedł w moją puszczę, jeleń mój". Proszę do mnie na śniadanie.

- Pani Lauro! W takiej postaci? Proszę spojrzeć na mnie okiem uwagi i litości. Czy w takim stanie zabryzgania mogę jechać do Leńca?

- Może pan jechać! Jeszcze się tam w Leńcu może znajdzie jaki kawałeczek mydła, to się pan cudnie odmyje, a chłopiec panu ubranie oczyści.

- Ależ my jesteśmy wprost ze stajni!

- Powiedziałam, że proszę na śniadanie.

- Pani!

Piękna amazonka zawróciła swego szpaka na miejscu i zjechała z szosy na boczną drogę, biegnącą w poprzek niw zabronowanych i osnutych cienką siecią ozimin.

Za nią ruszył jej narzeczony. Obadwaj wojskowi wsiedli znowu na linijkę i pojechali za tamtą parą. Cezary zwrócił się teraz twarzą do konia i mógł widzieć amazonkę. Świetnie, a nade wszystko zgrabnie siedziała na koniu.

Była wysmukła, niezwykle kształtna, muskularna i widać mocna - ani zbyt chuda, ani zanadto tłusta. Oczy miała iście lazurowe. Nie było w niej ani cienia kokieterii, przesady, nieszczerości, snobizmu. Była naturalna i solidna w każdym ruchu, słowie, uśmiechu. Nawracała kilkakroć do linijki, żeby o coś zapytać albo coś wesołego powiedzieć. Wtedy jej koń wpadał na wywalcowaną rolę, którą jeszcze niedawno ostry, ranny deszcz uklepał - i kopyta jego po pęciny zaklękały się w świeże ciasto uprawy. Wtedy uda, piersi, ramiona jeźdźczyni harmonijnie z ruchami konia unosiły się, opadały i ciągnęły na siodle. Lekko się przechylała albo wdzięcznie gięła do taktu ze skokami wierzchowca. Prześliczna jej twarz wyrażała czerstwe zdrowie, a nadobna pierś oddychała w spazmach ruchu, swobodnie wciągając i wydając powietrze, które wcale jeszcze nie przeszło przez płuca niczyje.

Była w tej pani jakaś cecha otwartości, która nakłaniała do uczuć przyjaznych.

Ale piękność jej i oczywista na siodle niejako bryłowatość wdzięku ściskała widokiem swoim wnętrze patrzących młodzieńców. Oczy im się jarzyły. Gdy para narzeczonych cokolwiek się oddalała, żeby wśród uśmiechów szeptać o swych sprawach, Hipolit z cicha uświadamiał Cezarego:

- Wdowa. Laura. Pierwszy mąż Kościeniecki. Jakiś tam pisarz, literat, historyk. Umarł dwa lata temu. Majątek miał śliczny - o, ten, co go widać. - Leniec. Kościeniecki był zawsze strupieszały, chory, mizantrop. Nie miał o czym gadać z nikim w sąsiedztwie. Przykry był człowiek. No, umarł. Teraz się ten Barwicki rozbija o jej rękę. Są po słowie, nawet, widzę, baba podkochuje się w tym astmatyku.

- No, od czegóż by była Laura? Romantyczne macie imiona w okolicy.

- Et, to bogaty nuworysz. Ma ci śliczny majątek, Suchołustek, nadto para się przemysłem, handluje. Bogacz. Spryciarz pierwszej klasy. Nie mogą się tak zaraz pobrać, jakby on pragnął, bo matka Kościenieckiego mieszka w Leńcu. Interesa są powikłane. Kościeniecki z pierwszą swoją żoną miał dwoje dzieci. Te dzieci mają pretensje i prawo do części majątku. Ona sama nie może spłacić ani matki, ani tamtych dzieci. I tak dalej. A temu Barwickiemu pachnie także i Leniec, boby wszedł między solidne towarzystwo... Jak się to hycel do niej podsadza! Widzisz ty?

- Ejże, Hipeczku, czy tylko żółta zazdrość przez twe usteczka się nie sączy!

- Ja? Do tej Laury? Nie! Baba jak malowanie... To prawda. Ale mogę wytrzymać.

- Szczerze mówisz?

- Tobie bym, bracie, szczerze nie powiedział! Wiesz, jak to ten moskiewski ofik mawiał w takich razach...

- Wiem, wiem!...

Ach, jakże piękną była dróżka, dwukolejka, którą jechali! Nic w niej, co prawda, nie było szczególnego. Tu i tam, zapomniane przez ludzi, nie nagabywane raku czasu - rosły na niej tarki i głogi najeżone srogimi kolcami. Głogi miały teraz na sobie owoc swój różany, o kolorze piękniejszym niż najwdzięczniejsze usta kobiece. Rosły półkolem, zagajem, wśród kamieni, które z pola praszczury parobków te niwy orzących wyorały i w to miejsce sygnęły. Tak toto porosło i krzewiło się w polu. - A potem przestrzeń bezdrzewna w jasnej glebie. Kędyś na horyzoncie aleje w Nawłoci - bliżej kępy drzew Leńca.

Para narzeczonych puściła się przodem, dając z oddali znaki wojownikom, żeby się pospieszyli. Sadząc na ślicznych koniach w jasnych rolach, tamci dwoje stanowili świetne stadło. Cezary mruknął:

- Dobre sobie! Zanim przyjedziemy, już będzie po wszystkim.

- Akurat! Umie się ona cenić. Aby ona umie! Mądre to jak sam diabeł.

- Po cóż by tak wyrywali?

- Żeby nas godnie przyjąć. Zobaczysz... Ale na wszelki wypadek jazda! Żeby temu grubasowi popsuć szyki!

Powierzchnia zniżyła się w rozdół, na którego dnie wśród niezbyt rozległych łąk płynęła rzeczka w urwistych brzegach. Dalej, za chwiejnym mostkiem, było wzgórze, na którego szczycie wznosił się ów Leniec. Wnet linijka zaturkotała przed gankiem "pałacu". Była to raczej willa niż pałac albo dwór. - Piętrowa, z lustrzanymi szybami, z dachem niemal płaskim i szpikulcem na szczycie, mogła stać w byle letnisku i należeć do fabrykanta Niemca lub Żyda nowobogacza. Nawet amorków na górnym gzemsie tej willi, trzymających wieńce grubo i szczodrze pomalowane na olejno, nie oszczędzono tej sarmacko-barbarzyńskiej okolicy. Dwaj panowie z Nawłoci, oddawszy konia oczekującemu "człowiekowi", weszli po betonowych (tu i tam srodze nadpękniętych) schodach do sieni, skąd wyfraczony lokaj poprowadził ich wprost do łazienki. Myli się tam, czesali, oczyszczali z błota i dziwnie nadobni zjawili się w salonie. Lecz minęli ten salon i przeszli do następnego pokoju, gdzie stała duża szafa z książkami, bardzo pięknie pooprawianymi w skórę i safian. Tam siedział pan Barwicki z książką w ręku. Pani domu nie było.

- Widzisz... - znacząco mrugnął na Cezarego Hipolit. - Widzisz, jak tu pięknie...

- Prawda... - uśmiechnął się Cezary. - Miałeś rację mówiąc, że tu tak pięknie...

Pani Kościeniecka niepostrzeżenie zeszła ze schodów, które z holu wejściowego prowadziły na piętro. Była ubrana w skromną, modną suknię. Jej uroda zajaśniała teraz inaczej. Było dziwnie, niemal zdumiewająco patrzeć na nią tak odmienioną. Włosy pozbawione kapelusza zalśniły pozłocisto, ramiona w wyciętej sukni odsłoniły się w przepychu linii doskonałych i w niepospolitej ich krasie. Odziana w miękkie, niemal przejrzyste szaty, pani Laura była niepodobna do siebie samej. Uderzająco odmiennie przedstawiała się jej stopa w lakierowanym pantofelku, ta sama stopa, co z tak sprężystą, żelazną mocą wpierała się w żelazo strzemienia. Łydki obciągnięte szarym jedwabiem pończochy były teraz wysmukłe jak u podlotka. Oczy tylko zostały te same, szczere i prawdomówne. Natomiast usta były mniej istotne i szczere, gdyż z lekka pociągnięte barwiczką, przypominającą kolorem swym barwę owocu dzikiej róży.

Cezary siedział obok szafy bibliotecznej i przypatrywał się oprawom książek. Niektóre z tytułów, wyzłocone na grzbietach, obojętnie odcyfrowywał. Przypomniał sobie, przypomniał... Szafa ojcowska, książki... Tak samo stały książki i snuły się wstęgą złoconą tytuły. Przypomniał sobie rozkład i urządzenie swego rodzinnego domu. Westchnął sam przed sobą nad swoją dolą. Obcy jest wszędzie, sam. Jakiś cudzoziemiec między rodakami, jakiś zbłąkany pies bez domu, pana i podwórza. Patrzył na książki, a myślał o tym, że wszystko jest niepewne, dorywcze, przemijające, podległe bestialskiemu zniszczeniu. Gdzie są książki ojca, gdzie dom, gdzie ojciec, gdzie matka? Zabici są jak psy, za jakąś pierworodną winę - rzuceni są do rowów jak psy!

Praca ich życia na nic się nie zdała. Nie wiedzieli, że zarabiają na karzącą śmierć. Życie ich całe było jakowąś śmieszną pomyłką, krwawym nieporozumieniem.

A ci tutaj wszyscy są tak pewni swego. Do licha! Nic nie widzieli, co jest, co bywa na świecie, a tak są pewni swego. Czemu oni są tacy pewni, gdy pewnego na świecie nie ma nic. Tak strasznie nic. On jeden przecie, Cezary Baryka, własnymi oczyma zobaczył, jak pewnego nic nie ma...

- Pan lubi książki? - zapytała pani Kościeniecka siadając naprzeciwko.

- Książki? Nie bardzo. Lubię piękne oprawy.

- A samych środków, wnętrz między oprawami, już nie?

- Nie bardzo. Zresztą - czyja wiem... Teraz nie było czasu czytać, a dawniej, gdy było można, nie było znowu chęci.

- A pan jest z których stron? Przepraszam za babską ciekawość...

- On jest z Baku... - rzekł Hipolit.

- Aż z Baku! - dziwiła się pani Laura szczerze i prawdziwie.

- Ojciec mój tam mieszkał. Matka tam umarła.

- Ale pan tutaj u nas zostanie? W naszej okolicy?

- Jakiś czas

- Tutaj, w tej okolicy, w każdym razie zabawi pan dłużej. Prawda panie Hipolicie? Bo tu mamy plan. Mamy plan balu w Odolanach. A tancerzy ani na lekarstwo! Pan przecie tańczy?

- Owszem tańczę.

- W takim razie jest nowy tancerz! Doskonale!

- Nie wiem, kiedy jest ten bal. Nie wiem, czy będę mógł być na nim.

- Czaruś! mój drogi, porzuć no ten temat. Nie ty w tych sprawach decydujesz, tylko ja.

- O, to-to! - syczała piękna pani. - Nie puścić! Nie puścić!

Lokaj wszedł i cichym głosem poprosił do stołu.


POPRZEDNI ROZDZIAŁ

SPIS TREŚCI

NASTĘPNY ROZDZIAŁ