DOLA
„To nie p
łomień żywiczny huczy w Kosmaczu na skale.I nie
źródliska ropy w łonie skał się kłębią.To nie t
ętno ziemi dudni i nie kroplami krwi czarnej przez skałę się sączy.To ogie
ń spętany wre w piersi junackiej, jeziorem kotłuje.To mi
łość szarpie serce, łono i jądra porywem rozdziera.Nie wiadomo sk
ąd przychodzi, nie wiadomo dokąd znika i wsiąka, gdzie kryje się, skąd znów wraca - miłość. -To Dobosz dobija si
ę do zawór dębowych grażdy, do drzwi cisowych chaty, do zamków stalowych. Rąbie toporem gromowym ściany kiedrowe”.Tak to wszystko wy
śpiewane w pieśniach niezliczonych.„Puszczaj mi
ła, czas jeszcze, otwórz - duszko” - woła Dobosz.- Mo
że śpisz ty serce moje, czy też nie słyszysz?Ale z chaty g
łos łagodny i spokojny dochodzi.Pie
śń za pieśnią tę odpowiedź powtarza.Oj ne spiu ja, ne noczjuju,
ńku ja hotuju,
Weczjere
Ta weczjerja duże pilna,
Wsemu świtu bude diwna -I jako
ś zagadkowo dodaje pieśń:To ne z mojej - duszko - woli...
A gdy Dobosz, mimo wszystko, werwa
ł się do chaty, kula wystrzelona ze strychu przez Zwinkę, kula poświęcona i czarowana przebija pierś Dobosza.I przera
źliwy pisk łasiczki, jakby śmiech, dochodzi z głębi chaty.Pytaj
ą go junacy skamienieli z bólu i z przerażenia: czy porąbać sukę, czy zastrzelić wiedźmę?- Zostawcie bracia, nie r
ąbcie, nie strzelajcie, dość, że moja pierś przeszyta.Pijdit jei zapytaty
Czy mia bude szje kochaty! -Pad
ł Dobosz i każe wynieść się pod buka, aby tam rozstać się z przyjaciółmi.I tutaj wpl
ątuje się jeszcze jedna - jedyna zwrotka z pieśni, która zaginęła. Gdy widzi Ksenia że upadł, wykrzykuje:Serce my sy wzwese
łyło,
serce my sy wzwyło,
Jek ja moho Ołeksoczka na
kolinkach wzriła.
Odwet za niewol
ę miłości, wdzięczność doli za zerwanie pęt. Wolność - koniec.Lecz Dobosz sam nie mo
że jeszcze uwierzyć, że umiera.Pyta „czy to góry tak si
ę podwyższyły, czy tak ociężały jego nogi”.Oczy mu ju
ż mgłą zachodzą. Stoją nad nim zrozpaczeni junacy i płacząc pytają:Jak nam batku w
że hulaty?
Jak nam zamkiw dobuwaty?Na to odpowiada Pan Dobosz. Do dzi
ś cała Wierchowina tę odpowiedź powtarza:- W
że topory ponechajte,
Ludzku krow nie prolywajte!
Ludzka krowcia ne wodicia,
Prolywaty nie hoditsa!Taka by
ła ostatnia wola, ostatni rozkaz Dobosza, watażka opryszków czarnohorskich.Przylecieli do
ń ludzie różni, rządca księcia, gazdowie, sąsiedzi Zwinki i przechodnie. Pytali go:„Czy chcesz przyj
ąć święte tajemnice - sakramenty?”„Czy pragniesz spowiedzi i wijatyku?”
„Ju
ż jam się i spowiadał, jużem się i uświęcał, kiedym na tę drogę wstępował - drogę człowieka lasowego”, odpowiedział Dobosz poważnie. Tak przyświadczają akta sądowe.„Gdzie twoje skarby?” - pytali go inni. - „Powiedz, bo zgin
ą, przepadną w skałach!”Gasn
ącym głosem, słowo za słowem powoli odpowiada Dobosz:„W Czarnohorze - w po
łoninach - Bóg wie - ziemia wie - ja wiem... Otworzymy, kiedy przyjdzie czas...”Szeptem poprosi
ł Iwanka mieć staranie o dziatkach Sękowych mazurskich. I uśmiechając się, nakazał odprowadzić Chmurkę Gromową do Ilka. Myślał widać: Niech panowie o koniu mają staranie. To jedno potrafią.Zamkn
ął oczy Dobosz.Widzia
ło mu się jeszcze, że wysoko na skale stoi stary, ukochany capek z Kiedrowatej. Patrzy ciekawie, głowę wykręca po koziemu, przygląda się uważnie i badawczo. Poznał go, życzliwie i czule pyszczek wyciąga.- M
ądryś ty, capeczku najdroższy, sieroto! Oj mądryś! - marzy Dobosz. - Aniś mnie nie uderzał rogiem po hulowemu, gdym cię drażnił. Aniś mnie, choć pobratymowi, nie ufał zanadto. Zawsze rozumnie wiedziałeś, jak trzeba.A potem we mgle wyp
łynął dziadek-wieszczun, starowina jedyny. Słodko się uśmiecha, chichoce radośnie, głową na obie strony kiwa.Oczy niebieskie patrz
ą coraz bliżej, bliżej. A potem rozszerzyły się te oczy, rozszerzyły jak wielki błękit bez końca.I nie sta
ło Dobosza.Znów znakiem p
łomiennym szły wieści po górach. I sumną i skargę zawiodły trembity.Czy wiatru
śpiewy słychać i płacze? Czy to zazule zakukały, czy drobne ptaszki w boru zakwiliły? Czy zapłakały dziatki mazurskie Sękowe? To wszystkie dzieci biedackie płaczą - po Doboszu.